Nowy numer 38/2021 Archiwum

Wiesław "Kuzyn" Wowk wspomina śp. ks. Stanisława Orzechowskiego

Opowiada o pierwszym spotkaniu, o duszpasterzu wymagającym, nieraz szorstkim, który podczas spowiedzi potrafił otoczyć penitenta serdeczną, delikatną troską, a także o tym, jak Orzech został… "Mojżeszem". - Był ojcem. Miał zawsze czas dla człowieka - powtarza.

Po raz pierwszy Orzecha zobaczyłem na pielgrzymce jasnogórskiej w 1984 r. Nie zamieniłem z nim wtedy ani słowa, ale uczestniczyłem jako pielgrzym w wędrowaniu na Jasną Górę, słuchałem kazań Orzecha, wiedziałem, kim jest.

Do duszpasterstwa akademickiego „Wawrzyny” przyszedłem po raz pierwszy w październiku 1991 r. Wprowadził mnie tam mój przyjaciel Adam (studiował na Akademii Rolniczej; mieszkał w pobliżu duszpasterstwa, w akademicku „Zodiak”). Stanęliśmy koło Orzecha w salce. Patrząc na mnie, spytał: „Kto to jest?” „To jest kuzyn” – odparł Adam. Tak zostałem zapamiętany.

Od października 1991 r. bywałem w „Wawrzynach”; od 1992 r. zaangażowałem się już tak na stałe, na całego. To był czas, gdy rozpoczęła się budowa holu duszpasterskiego (i tworzenie całego zaplecza dla duszpasterstwa akademickiego); Orzech zaproponował mi wtedy bliższą współpracę, nasze kontakty zacieśniły się. Od 1992 r. byłem w służbach informacyjnych pielgrzymki; od 2006 r. jestem głównym odpowiedzialnym za jej przygotowanie.

Na moich oczach przez duszpasterstwo przewinęły się trzy pokolenia studentów. Dlaczego młodzi ludzie tak lgnęli do Orzecha? Trudno mi na to pytanie dokładnie odpowiedzieć, bo każdy odbierał go po swojemu. Wielu ceniło sobie to, że Orzech czegoś wymaga. Mówili, że przy pierwszym kontakcie bywa szorstki, wymagający, czasem krzyczący, ale podczas spowiedzi jest jak baranek i gołębica; potrafi przytulić, nawiązać serdeczną więź. Orzech był autentyczny. Kiedy się „wkurzał”, to się „wkurzał”, mógł kogoś obrazić. Potem potrafił jednak wyjść na ambonę i powiedzieć „przepraszam, jestem porywczy, uniosłem się, bardzo tego żałuję”. Młodych ta autentyczność ujmowała.

Wielu mówiło, że Orzech przypomina im ojca, jest dla nich jakby drugim ojcem. Był spowiednikiem wielu pokoleń w duszpasterstwie. Kiedy miał jeszcze więcej sił, zaczynał spowiedź w środę po wieczornej Mszy św. i… spowiadał do 3.00–4.00 nad ranem. Kiedy padał z nóg, a przychodził człowiek i chciał się wyspowiadać, to znajdował zawsze dla niego czas. Byłem świadkiem takich sytuacji: Orzech chce już gdzieś wyjeżdżać, a tu zjawia się ktoś i mówi, że szuka księdza, żeby się wyspowiadać. „Siadaj” – mówił natychmiast.

Niejednemu „przeorał życie” – doprowadzając do całkowitej przemiany. Mnóstwo osób przychodziło do duszpasterstwa jako niedzielni katolicy, a tu się nawracali. Mówili, że spotkali w „Wawrzynach” żywego Chrystusa; znaleźli Kościół młody, aktywny. Podziwiałem zawsze, że ludzie po nauce na uczelni, po różnych zajęciach, przychodzili tu wieczorem i byli gotowi angażować się w różne rzeczy. Gdy słyszeli, że trzeba pomóc, zjawiali się niezależnie od pory, od swojego zmęczenia. Hasło „Orzech” otwierało serca. Uczył nas, że człowiek jest najważniejszy. On zawsze miał dla ludzi czas.

Moje osobiste doświadczenie spotkania z Orzechem? Trzeba powiedzieć, że bliższa relacja z nim nie była łatwa. Był wybuchowy, wymagający; rzadko chwalił. Miałem jednak świadomość, w czym uczestniczę, że to człowiek wielkiego formatu, który pomaga wielu ludziom.

Z Orzechem wiąże się mnóstwo historii, w które może nawet trudno ludziom uwierzyć, a jednak pamiętam je, wydarzyły się.

Kiedyś na obóz w Białym Dunajcu pojechał z nami Piotrek na wózku inwalidzkim. Powiedział Orzechowi, że nigdy nie był w Tatrach. „Musisz z nami jechać!”. „Nie mam pieniędzy”. „Ja ci zafunduję”. Już w Białym Dunajcu wspomniał, że Kasprowy Wierch zna tylko ze zdjęcia. Orzech zabrał go więc na kolejkę linową, do wagonika.

Wjechaliśmy na ten Kasprowy, ale były takie chmury, że nic nie było widać. Mieliśmy tylko 30 minut do zjazdu wagonikiem w dół. Piotrek mówi: „Orzechu, tyle starania, a tu nic nie widać”. „Zaraz coś załatwię” – stwierdził Orzech. Odszedł od nas ze 2–3 metry, podniósł do góry swoją lagę, zaczął kręcić kółka i coś mamrotać… Patrzę, a tu nad nami odsłania się niebo, chmury zaczynają się rozstępować. Odsłonił się widok w kierunku Zakopanego. „Co się na mnie patrzycie, tam patrzcie!” – mówił.

Pamiętam, jak któregoś roku szliśmy z pielgrzymką do Kluczborka, gdzie miał być koncert. Miałem wtedy podpisaną umowę z Instytutem Meteorologii we Wrocławiu na taką specjalną usługę – w związku z organizowaną imprezą uzyskiwało się dokładne informacje pogodowe od nich dla danego miejsca. Ostrzegali przed deszczami, burzami, itd.

Kiedy pielgrzymka dochodziła już do Kluczborka, pracownik instytutu zadzwonił z ostrzeżeniem o potężnej nawałnicy zbliżającej się do nas od Bramy Orawskiej. Rzeczywiście, patrzymy, a tu zbliża się potężna chmura. Za chwilę mamy mieć koncert. Mówię do Orzecha siedzącego na meleksie: „Orzechu, idzie burza, deszcz, zrób coś”. „Co mam zrobić?”. „Módl się o pogodę”. Popatrzyliśmy sobie w oczy. „Dobra” – powiedział. Po chwili się okazało, że chmury dochodzące do Kluczborka rozstępują się, omijają miasto. Pan z Instytutu Meteorologii nie mógł uwierzyć. „Ja widzę na radarze, że u was burza jest…”. „Nie ma – powiedziałem. – Mamy tu Mojżesza”. „Kogo?”. „Mojżesza, który nas prowadzi suchą stopą przez wody.” I tak Orzech Mojżeszem został.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama