Nowy numer 37/2021 Archiwum

Pięć miesięcy po porodzie zdobyła złoty medal olimpijski

I to po drugiej stronie globu! 25 lat temu przebojem wdarła się do świadomości Polaków jako mistrzyni. Dzięki niej przez chwilę Polska stała się niespodziewanym liderem klasyfikacji medalowej na igrzyskach olimpijskich. O wspaniałych wspomnieniach, ale i tym, co było po drodze, oraz o tym, co jest teraz, opowiada Renata Mauer-Różańska.

Maciej Rajfur: Atlanta 1996. Od tamtych chwil minęło 25 lat, sięga Pani jeszcze po karabin?

Renata Mauer-Różańska: Strzelam bardzo rzadko. Muszę przyznać, że teraz mam mniej czasu niż w okresie aktywności sportowej. Moje teraźniejsze obowiązki zajmują mnie bardziej niż wtedy mój trening. Kiedyś to on zajmował mi największą część dnia, a trenowałam nie tylko na strzelnicy.

Który medal olimpijski ceni Pani najbardziej i dlaczego?

Wszystkie cenię na równi, choć były zdobywane w zupełnie innym stylu, w inny sposób, z innym podejściem, przygotowaniem i motywacjami. Każdy, nawet ten brązowy z Atlanty, ma dla mnie ogromną wartość. Choć ja nie lubię mówić za bardzo o medalach, o ich wyliczaniu. Pamiętam dobrze słowa naszego dawnego szefa szkolenia pana Tadeusza Baranowskiego, który kiedyś przed wyjazdem na ważne zawody powiedział: „Życzę ci, żebyś wróciła zadowolona”. Igrzyska nie powinny polegać na myśleniu o medalach. To jest według mnie destrukcyjne. Na takiej imprezie trzeba skupić się na swoim starcie, nie na nagrodach czy zaszczytach. Dlatego nigdy nie interesowałam się prognozami medalowymi. Wiedziałam, że muszę się skoncentrować na swoim strzelaniu. Zaś każdy strzał to osobna szybka decyzja, która musiała być podjęta w najlepszym momencie.

Ostatnio otrzymała Pani honorowe obywatelstwo Wrocławia. Związała się Pani z tym miastem na dobre, choć pochodzi Pani z Nasielska niedaleko Warszawy...

Wrocław od ponad 30 lat jest moim domem. Jest miastem otwartym na świat, w którym można realizować się nie tylko sportowo. Z Wrocławiem związana jestem rodzinnie, zawodowo i społecznie. Tu mam wsparcie męża, dzieci i przyjaciół. Trenując w WKS „Śląsk”, osiągnęłam swoje największe, międzynarodowe, sportowe sukcesy. Ukończone studia w Akademii Ekonomicznej i Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu dały mi możliwość podjęcia pracy na uczelni, a działalność w radzie miejskiej i Regionalnej Radzie Olimpijskiej znacznie poszerzyły zakres mojej działalności i związały z Wrocławiem na dobre.

Pięć miesięcy przed historycznym startem w 1996 r. urodziła Pani córkę Natalię. Odniosła Pani międzynarodowy sukces, zupełnie niedawno wyszedłszy z sali porodowej pod drugiej stronie globu...

Wyjazd za ocean na igrzyska olimpijskie okazał się jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu.

Ale po czasie można powiedzieć, że podjęła Pani bardzo dobrą decyzję.

Myślę, że tak. Ja, jeszcze będąc w ciąży, miałam rozpisany cały plan do igrzysk. Trenowałam dość długo w ciąży, więc miałam krótką przerwę. Wyliczyliśmy z trenerem Andrzejem Kijowskim niemal każdy dzień, a okazało się, że Natalia urodziła się dwa tygodnie po terminie. Trzeba było wywoływać poród.

Wiele osób mnie wspierało w tym wyjeździe na igrzyska. Nikt nie przyjmował do wiadomości, że mogę nie pojechać. W wielkiej tęsknocie i rozdarciu wyruszyłam do Atlanty. Gdyby nie wsparcie trenera, klubu, Polskiego Związku Strzelectwa Sportowego, rodziny, a szczególnie mojej mamy, stanęłabym przed ogromnym dylematem.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama