Nowy numer 20/2022 Archiwum

Mieszkaliśmy w drukarni

Było to spore ryzyko. Przez dziesięć lat w konspiracyjną działalność Solidarności Walczącej były zaangażowane trzy pokolenia Błażewiczów – babcia, rodzice oraz dzieci.

Paweł Błażewicz jest nauczycielem historii. Pochodzi z Wrocławia, a od trzech lat pracuje w centrali IPN w Warszawie. Rok wcześniej odkrył domowe archiwum z lat 80. XX w., związane z działalnością konspiracyjnej drukarni Solidarności Walczącej. – Założyli ją moi rodzice Bohdan i Katarzyna w naszym mieszkaniu przy ul. Jaworowej 44 we Wrocławiu. Funkcjonowała przez 10 lat. Ostatni druk miał miejsce w 1991 roku – opowiada.

Walka kontynuowana

Ojciec był przeszkolony w czasie „karnawału Solidarności”, dlatego podczas stanu wojennego byliśmy w stanie szybko uruchomić drukarnię. Na początku byliśmy związani jedynie z Regionalnym Komitetem Strajkowym, czyli z Solidarnością związkową, a od 1983 roku tato był zaprzysiężonym członkiem Solidarności Walczącej – mówi P. Błażewicz. Zaznacza jednak, że w domowej drukarni drukowano ok. 50 tytułów w zasadzie wszystkich opozycyjnych środowisk Wrocławia. Rodzina bardzo ściśle współpracowała również z kapucynami z parafii pw. św. Augustyna na ul. Sudeckiej. – Drukowaliśmy też w klasztorze. Chodziło o to, by nie wszystko przechodziło przez nasze mieszkanie. Było więc kilka lokalizacji – wyjaśnia. Powstawały nie tylko konspiracyjne gazety, biuletyny i książki, ale również materiały wykorzystywane w duszpasterstwie kapucynów czy jezuitów z alei Pracy. Nie zawsze były to też wielkie i bardzo ważne pozycje. – Drukowaliśmy nawet m.in. naklejki na… pudełka od zapałek z wizerunkami liderów dolnośląskiej Solidarności oraz znaczki – dodaje. Pan Paweł w momencie wybuchu stanu wojennego był w trzeciej klasie podstawówki. To wystarczyło, by zaangażować go w działalność drukarni. – Odbierałem papier i przynosiłem informacje ze skrzynek kontaktowych. Jeszcze więcej pomagali starsza siostra Dorota, babcia Tatiana, z pochodzenia Rosjanka, a z czasem młodszy brat Piotr. Przychodziło też do nas mnóstwo ludzi, którzy włączali się w pomoc – mówi. Czy chłopiec, który jeszcze nie miał 10 lat, był świadomy nielegalności tego, co robi z rodzicami? – Pochodzę z rodziny o długich tradycjach patriotycznych. Jeden dziadek był w legionach, drugi był żołnierzem wyklętym na Wileńszczyźnie, jeden brat cioteczny mamy był żołnierzem AK, a drugi został zamordowany przez Sowietów w Charkowie. O tym wszystkim mówiło się w domu. Widziałem naszą walkę jako kontynuację powstania warszawskiego – zaznacza.

Odkrywanie po latach

Niebezpieczna działalność była prowadzona przez kolejne lata. Dopiero w 1987 roku mieszkanie Błażewiczów stało się podejrzane. Kilkukrotnie odbyły się rewizje, choć, jak wskazują ślady w archiwach IPN, ojciec pana Pawła był inwigilowany już dwa lata wcześniej. Jak to się stało, że nie wpadło archiwum? – Mieliśmy taki układ z sąsiadami, państwem Lewandowskimi, że gdy esbecy robili rewizję, to dawaliśmy klucze do ich piwnicy. Zawsze było rewidowane nie to pomieszczenie – opowiada. Podkreśla, że jego tato, choć był prostym spawaczem, uwielbiał czytać i miał zmysł historyczny, który podpowiadał, że wbrew zasadom konspiracji warto część rzeczy zachować – tłumaczy. Paweł Błażewicz przyznaje, że do odkrycia archiwów musiał dojrzeć. Opowiada, że gdy zobaczył, co się w nich kryje, był zaskoczony rozmachem działalności, która miała miejsce w jego domu. – Były tam m.in. dwie gazetki szkolne – jedna z XIV LO, a druga z Zespołu Szkół Elektronicznych – redagowane przez moich kolegów, z którymi się spotykałem przy różnych okazjach. Ani ja, ani oni nie wiedzieliśmy, że te ich gazetki drukował mój tato – zwraca uwagę, tłumacząc, jak działała konspiracja. Podkreśla, że w piwnicy znalazł nie tylko zarchiwizowane gazety, ale również materiały związane z procesem wydawniczym m.in. makiety. Zachowało się kilkanaście makiet najważniejszej gazety RKS-u – „Z Dnia na Dzień” z ostatniego okresu konspiracji (1989–1990). One były w formacie A3, a gazetę drukowano w A4. Wiadomo było, że druk będzie lepszej jakości, jeśli makieta będzie większa. Do niektórych czasopism mam negatywy, a także część sprzętu drukarskiego – wałek, rakle – dodaje. Okrągłostołowe przemiany społeczno-polityczne od 1989 r. sprawiły, że Bohdan Błażewicz wpadł w depresję. Przez jakiś okres nie miał pracy. – To był najgorszy czas w historii naszej rodziny. Tato zmarł w wieku 66 lat – wspomina pan Paweł. Dziś nadszedł czas, by historia rodzinnej drukarni Błażewiczów oraz całego kręgu współpracowników ujrzała światło dzienne, bo to między innymi dzięki nim udało się odzyskać Polsce wolność.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama