Nowy numer 32/2022 Archiwum

Udział w igrzyskach to spełnienie marzeń

Żaden sportowiec nie zatrzymuje się jednak na samym udziale. Walczy się o jak najlepsze wyniki i medale. – Podejmujemy wysiłek, by osiągać szczyty – mówi Wojciech Bartnik, trzykrotny olimpijczyk.

Oleśniczanin, bokser, a od kilkunastu dni również trener pięściarskiej kadry olimpijskiej walczył o medale w igrzyskach letnich w Barcelonie (1992), Atlancie (1996) i Sydney (2000). Na tych pierwszych zdobył medal brązowy.

W. Bartnik przyznaje, że w najbliższych dniach z wielką uwagą będzie śledził wyniki polskich sportowców na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich.

Wiara w sukces

– Moje pierwsze igrzyska były bardzo spontaniczne – zaznacza. Do kadry narodowej dostał się w 1990 roku, zdobywając mistrzostwo Polski w wadze ciężkiej. Trener kadry Jerzy Rybicki obiecał wówczas, że mistrzowie z każdej kategorii wagowej wezmą udział w meczu Polska–USA, który miał się odbyć dwa tygodnie później. – Moje zwycięstwo było dość niespodziewane i trener przekonywał mnie, abym ustąpił miejsca dużo bardziej doświadczonemu na arenie międzynarodowej Józefowi Włodarczykowi. Chwyciłem się jednak jego wcześniejszej obietnicy i pojechałem na ten mecz. Debiut miałem bardzo udany i wygrałem szybko swoją walkę – wspomina. Kwalifikację olimpijską do Barcelony zdobył w kategorii półciężkiej, ale ze względów formalnych znalazł się na liście rezerwowej. O tym, że będzie jednak walczył o medal, dowiedział się na kilkanaście dni przed ceremonią otwarcia. Wygrał trzy walki, co dawało pewny brąz. Do tej pory to ostatni medal olimpijski polskich pięściarzy. Później W. Bartnik brał udział również w igrzyskach w Atlancie i Sydney, ale już w kategorii ciężkiej. Sukcesu jednak nie powtórzył. Kilkanaście dni temu przejął obowiązki trenera kadry narodowej w boksie olimpijskim. – To zawsze było moim marzeniem. Jednak momentem zwrotnym okazała się choroba. Dość ciężko przeszedłem COVID-19 w grudniu 2020 roku. To był czas, w którym miałem więcej chwil na przemyślenia. Zdecydowałem, że coś muszę zrobić w życiu – tłumaczy swoją decyzję o kandydowaniu na trenera kadry. Zaznacza, że przekonał się, jak ważna jest ciężka praca, i tego będzie oczekiwał od swoich podopiecznych. Przyznaje też, że trenującym boks brakuje sponsorów. – Młodzi chłopcy, żeby się utrzymać, muszą pracować. Gdyby mieli zabezpieczoną sferę finansową, mogliby poświęcić więcej czasu na treningi – wyjaśnia. W tej chwili członkowie kadry narodowej korzystają ze stypendiów, co na jakiś czas daje im pewną stabilność. W. Bartnik podkreśla, że ma bardzo zdolnych podopiecznych i wierzy w sukces. – Gdyby tak nie było, nie podjąłbym wyzwania. Zrobię wszystko, żeby ci chłopcy pojechali na igrzyska do Paryża i zdobyli medale. Jestem optymistą – zaznacza. Głównym celem jest więc turniej kwalifikacyjny, który odbędzie się jesienią 2023 roku. Bez sukcesu nie będzie wyjazdu do stolicy Francji.

Krzyż to pomoc

Bokser przyznaje, że igrzyska to wyjątkowa impreza sportowa, a cała reprezentacja Polski to jedna, wzajemnie wspierająca się rodzina. Przekonuje, że dodatkową motywacją do większego wysiłku jest orzełek na piersi. – Chodziłem na różne zawody, by dopingować naszych sportowców w innych dyscyplinach. Takie wsparcie dużo daje – zaznacza. Dla boksera dodatkową pomocą jest zawsze świadomość Bożej opieki. – Zawsze przed walką klękałem na jedno lub dwa kolana i robiłem znak krzyża. Pamiętam, że w 1984 roku, na początku mojej przygody z boksem, dostałem za to reprymendę od trenerów. Jednak nigdy nie odpuściłem – zaznacza. Dodaje też, że gdy był młodszy, modlił się o zwycięstwo w kolejnych walkach. – Dopiero później zrozumiałem, że nie o to chodzi. Prosimy Pana Boga, aby nic nam się nie stało – nam i naszym rywalom, ale też dziękujemy za to, co mamy – dodaje. Zwraca uwagę, że znak krzyża i podobna modlitwa poprzedzają występy wielu sportowców. W kontekście rozpoczynających się w Pekinie igrzysk W. Bartnik przyznaje, że nie uprawia zimowych dyscyplin. – Gdy moja rodzina jeździła na nartach, ja biegałem wokół tras. Moja kariera bokserska była długa i trenerzy odradzali mi zjazdy, bo istniało ryzyko kontuzji, które wykluczyłyby mnie z treningów bokserskich – zaznacza. Niemniej z wynikami reprezentantów Polski jest zawsze na bieżąco. – Jestem fanem każdej dyscypliny – podkreśla. Co do szans medalowych wypowiada się jednak z dozą ostrożności. – Kibicował będę wszystkim. Chyba największe szanse na medal ma Natalia Maliszewska w short tracku. Niestety, nasi skoczkowie są w dołku, choć może przy odrobinie szczęścia coś się uda w drużynówce…

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama