Reklama

    Nowy numer 12/2023 Archiwum

To teraz jeszcze tego Szarbela byśmy zrobili

Paweł dwukrotnie uciekł z sideł śmierci. Wciąż ma dużo wiary w to, że będzie żył długo. Nigdy nie miał pretensji do Boga. Nie zadawał pytań: dlaczego ja? Czemu kolejny raz takie kłopoty?

W wielu miejscach Wrocławia nie trzeba go przedstawiać. To jeden z najwierniejszych kibiców piłkarskiego Śląska, założyciel pierwszego w Polsce Klubu Kibiców Niepełnosprawnych, społecznik, pełnomocnik marszałka województwa dolnośląskiego ds. osób niepełnosprawnych, nietuzinkowa osobowość.

Paweł Parus w 2000 roku uległ poważnemu wypadkowi, który na zawsze odmienił jego życie. O mały włos nie umarł. Trafił na wózek i jest sparaliżowany. To jednak nie odebrało mu radości życia, ochoty do działania. Dzięki jego pomysłom i ciężkiej pracy wiele osób wróciło do aktywności i pokonało bariery.

Cud poranka

Jak ten człowiek będzie funkcjonował, gdy wróci do domu? – zastanawiał się jeszcze niedawno jeden z lekarzy. Kolejny mówił o stanie paliatywnym. Jeszcze inni wieszczyli, że nie dożyje następnego poranka. Nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Pewna pani doktor się na Pawle jednak poznała. Stwierdziła krótko: „To dowód na istnienie Boga”.

I trudno się nie zgodzić, poznając życie tego wrocławianina oraz jego ostatnie losy. Kiedy Paweł zaczął się źle czuć, jego żona Joanna była w dziewiątym miesiącu ciąży z wyczekaną i wymodloną córeczką Julią.

Parusowie długo starali się o dziecko. Gdy przyszło na świat, oszaleli z radości. Po porodzie Joanna szybko wróciła do domu, jednak trzy tygodnie później do szpitala trafił Paweł. Dostał niedokrwiennego udaru. Wtedy – w połowie lipca 2022 roku – zaczął się prawdziwy bój o jego życie na różnych frontach. Kiedy Joanna zjawiła się w szpitalu, usłyszała od lekarki, że mąż jest w bardzo ciężkim stanie i nie wiadomo, czy przeżyje do rana. To był pierwszy strzał w serce dzielnej kobiety.

– Miał fatalne wyniki badań. Byłam w ogromnym szoku. Ubłagałam personel, żeby wpuszczono mnie do Pawła. Patrzył na mnie takim zagubionym wzrokiem – wspomina dzisiaj Joanna.

Lwica walczyła

Stan Pawła się pogarszał. Udar się ukrwotocznił. Joanna nie odpuszczała: wynegocjowywała odwiedziny i zajmowała się niepełnosprawnym i chorym mężem. Ale po tygodniu nadszedł kolejny strzał: zapalenie płuc. Saturacja spadła Pawłowi do 60 procent. Żona wiernie przy nim trwała, karmiła go, myła.

– Zaintubowano go, miał respirator i sondę. Przez miesiąc był karmiony samymi płynami. Dostał niezwykle mocne leki, żeby uśmierzyć ból. Badania wykazały zapalenie wsierdzia, bakterię na zastawkach w sercu. Ostatecznie ustalono, że udar spowodowała zainfekowana odleżyna. Bakterie uszkodziły serce, a potem mózg – opisuje nie bez emocji Asia.

Przez dwa miesiące Paweł korzystał z respiratora. Jego organizm walczył, choć lekarze nie pozostawiali zbyt wiele nadziei. Jakby tego było mało, przeszedł sepsę. Zrobiono mu tracheotomię. Pod koniec sierpnia stan mężczyzny znowu się pogorszył, zastawki w sercu były w fatalnym stanie.

– Po raz drugi kazali mi się z nim żegnać. Powinni operacyjnie wymienić zżarte przez bakterię zastawki, ale wiedzieli, że on operacji nie przetrzyma. Organizm musiał po prostu zareagować. Ja tylko prosiłam, by walczyli o niego wszystkimi możliwymi sposobami – mówi dzisiaj jego żona.

W starciu z brutalną rzeczywistością była prawdziwą lwicą. Udowadniała, że nie można Pawła skreślić. Starała się być przy mężu, kiedy tylko mogła. Przychodziła do szpitala dwa razy dziennie. Wyprosiła odwiedziny o różnych porach. W opiece nad kilkutygodniową Julią pomagali jej rodzice i przyjaciele, m.in. z Klubu Kibiców Niepełnosprawnych. Ojciec widział córkę przez pierwsze trzy tygodnie w domu. Potem dostał udaru i trafił do szpitala na trzy miesiące.

– Usłyszałam, że Paweł niczym nie porusza, oddycha z respiratorem, zatem powinnam go oddać do ośrodka opieki. Zwłaszcza że sama mam pod opieką niemowlaka. Nie mieściło mi się to w głowie – mówi Joanna Parus.

Szarbel w akcji

W walce o życie wrocławianina wielką rolę odegrała wiara w Boga. Wielu ludzi mobilizowało się w modlitwie za Pawła i jego rodzinę. Kapłani odprawiali Msze Święte w ich intencji.

– Ta duchowa strona była dla nas ogromnie ważna. My wierzyliśmy, że mocą Bożą i ludzi się uda. W tej sytuacji odnaleźliśmy się bardzo przy św. Szarbelu – mówi „Gościowi” Paweł Parus.

Kiedy przebywał w szpitalu, Joasia poszła do kościoła na spotkanie z proboszczem. W ich parafii pw. św. Jadwigi na wrocławskim Kozanowie znajdują się relikwie i oleje św. Szarbela.

– Siedziałam w kolejce obok kobiety, która przyjechała po oleje dla chorego dziecka. Namówiła mnie, żebym też wzięła je dla Pawła. Proboszcz mi je dał i namaszczałam męża. Robiłam znak krzyża na głowie, nawiązując do udaru, na wysokości chorych płuc oraz chorego serca. Zaczęliśmy z wielką wiarą odmawiać modlitwę do św. Szarbela – opisuje Joanna.

Ważny był dla niej jeszcze jeden aspekt modlitwy. Oczywiście prosiła Boga o uzdrowienie, ale jednocześnie zawierzyła Mu sprawę w pełni.

– Wiem, że to brutalne, bo ja absolutnie nie chciałam Pawła śmierci, ale umiałam powiedzieć Bogu: „proszę”, a przy tym: „bądź wola Twoja”. I za tym przyszedł pokój, który mi bardzo pomógł, umocnił moją wiarę oraz postawę. Lekarze robili swoje, a my swoje – mówi.

Kiedy pojawiała się codziennie rano przy łóżku męża, on wyszeptywał resztką sił: „To teraz jeszcze tego Szarbela byśmy zrobili”.

– Jestem osobą wierzącą, której modlitwa towarzyszyła regularnie, ale myślę, że ta cała sytuacja bardzo zbliżyła mnie i żonę do Boga. Kiedy zaczęliśmy wychodzić z tego zakrętu, Asia często dziękowała Bogu, miała z Nim żywy kontakt. Przeszła przemianę. To jest dla mnie bardzo inspirujące. Często się mówi w codzienności: „Oddajmy to wszystko Bogu”. Ale czy rzeczywiście oddajemy, czy raczej jedno mówimy, a drugie robimy, kurczowo trzymając się swoich racji? My nauczyliśmy się przyjmować wolę Bożą. To była niezwykła szkoła wiary – opowiada Paweł z uśmiechem.

A może by tak... na mecz?

W końcu nadszedł dzień wypisu, lecz powrót do domu nie okazał się happy endem. – Gdy znalazłem się w domowym łóżku, nagle… serce mi stanęło. Dosłownie – opowiada Paweł. Ledwo karetka odjechała, trzeba było wzywać następną. Mężczyzna przeszedł akcję reanimacyjną. Nikt nie wiedział, co się stało.

– Byliśmy kompletnie zdezorientowani. Pojawił się pomysł, by znaleźć ośrodek, w którym odzyskam formę, ale ostatecznie doszliśmy do wniosku, że jedynym dobrym wyjściem jest powrót do domu. Bo ja potrzebowałem córki. Nie mogłem bez niej żyć, tęskniłem, łzy nieraz płynęły mi po policzku. Nie wytrzymałbym dłużej w szpitalu. Zaangażowaliśmy więc personel medyczny do działania w domowych warunkach – mówi 46-latek.

– Wszyscy drżeliśmy, miałam skołatane nerwy. Powrót do domu po takich przebojach? Co to będzie? Czy Paweł jest na tyle silny? A jak coś pójdzie nie tak i pomoc nie zdąży nadejść? – dzieli się swoimi wątpliwościami w tamtym czasie Joanna.

Parusowie podjęli ryzyko, choć minimalizowali je, jak mogli. A Paweł parł do przodu, sam narzucał tempo, odzyskiwał siły, wkładał nadludzki wysiłek w rehabilitację. Efekty przyszły zaskakująco szybko, a wraz z nimi pierwszy po wyjściu ze szpitala spacer na wózku wokół bloku. To było piękne listopadowe popołudnie.

– Wtedy udało mi się namówić żonę, żeby mnie zabrała na mecz Śląsk–Legia, który rozgrywał się we Wrocławiu następnego dnia. Może i mam bakterię w sercu, ale ono wciąż jest zielono-biało-czerwone – uśmiecha się niestrudzony kibic. W niedzielę na żywo z trybun zobaczył piłkarski szlagier. Kiedy znajomi spotkali go na stadionie, szczęki im opadły, Wzbudził prawdziwą sensację.

Umrę i nie umrę

Paweł dwukrotnie uciekł z sideł śmierci. Wciąż ma dużo wiary w to, że będzie żył długo.

– Przyznaję, że boję się śmierci. Myślę o tych sytuacjach, widzę w nich rękę Boga i wiem, że bardzo chcę żyć. Zależy mi na tym, by wykonać swoją misję. 22 lata temu prawie utonąłem, ale wróciłem do żywych. Ostatnio było bardzo podobnie. Jestem chrześcijaninem i mam nadzieję, że gdy skończy się ziemskie życie, to czeka mnie coś wspanialszego, Boży dobrobyt. Czyli nawet jak umrę, to... jednak nie umrę – analizuje z optymizmem Paweł.

Nigdy nie miał pretensji do Boga. Nie pytał: dlaczego ja? Czemu kolejny raz takie kłopoty?

– To nie mój tok myślenia. Nie pytam Go, czemu się wali, tylko proszę o pomoc, gdy się wali i doceniam każde wyjście z sytuacji. Ciągle jesteśmy z Asią na drodze wiary. Nie mamy na co narzekać. Czujemy szczęście i spełnienie. Wiem, że to dziwnie brzmi, bo dopiero co opuściłem szpital, gdzie ledwo uszedłem z życiem. Może to nieracjonalne, ale taki jestem – wzrusza ramionami Paweł.

Dzisiaj cieszy się każdą chwilą z żoną i córką. Jego wyniki się poprawiają. Buduje szczęście od nowa, tak jak robił to po wypadku przed laty. Jakby dostał drugą szansę. – Żyję nadzieją na dobry czas i szczerze dziękuję Bogu. To wszystko stało się po coś – podsumowuje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy