Niedługo minie rok, od kiedy abp Józef Kupny powołał swojego jałmużnika. Pierwszą świecką osobę na tym stanowisku. Paweł Trawka opowiada, z czym się zmierzył przez pierwsze miesiące i jakie rysują się perspektywy jego działania.
Maciej Rajfur: Mija prawie rok, od kiedy zostałeś jałmużnikiem w archidiecezji wrocławskiej. Miałeś jakieś wyobrażenie tej posługi i jak zweryfikowała je rzeczywistość?
Paweł Trawka: Od początku chciałem służyć w odkrywaniu na nowo sensu jałmużny jako aktu wiary i czynu pobożnego, który realnie zbliża do Boga. To wymiar dziś nieco zapomniany, także dlatego, że współczesny, bardzo dualistyczny świat ostro oddziela to, co duchowe, od tego, co materialne. Myślę, że zmagamy się też z tym w codzienności naszej wiary. Tymczasem we wcielonym Chrystusie, który sam przyjął ciało, swoje Bóstwo złożył w betlejemskiej szopie, oba te wymiary stworzonego świata ukazane są jako stworzone przez Boga, zgodne z Jego zamysłem, dobre. I temu dobru mogą służyć. Właśnie wtedy, gdy wspieramy materialnie potrzebujących, gdy służymy człowiekowi, opatrując jego ciało. Marzę także o spotkaniu ludzi zaangażowanych w kościelną pomoc w naszej archidiecezji, byśmy mogli się zobaczyć, wzajemnie zainspirować, ale też dobrze formować. Tę posługę coraz wyraźniej widzę jako wspólną drogę, a nie indywidualne dzieło.
Co jest najtrudniejsze w pracy jałmużnika?
Zdecydowanie umiejętność zobaczenia Chrystusa w osobie, która wyciąga rękę po pomoc. Trudne bywa także rozeznanie między rzeczywistą potrzebą a tą, która jest jedynie przedstawiana. To nie zawsze jest łatwe i wymaga uważności, cierpliwości oraz pokory.
Czy pomogło Ci i czy pomaga Ci nadal doświadczenie w pracy z ubogimi, które wynosisz od lat z Caritas?
Tak, bardzo pomaga, przede wszystkim w relacjach. Zarówno z osobami potrzebującymi, jak i z darczyńcami. Podopieczni Caritas rozpoznają mnie w różnych miejscach, a pracownicy i wolontariusze mają odwagę przyjść z konkretną osobą i bardzo konkretną potrzebą. Czasem chodzi o pomoc finansową przy budowie podjazdu dla rodziny poruszającej się na wózkach, innym razem o wykup recept, które mogłyby zrujnować domowy budżet. Bywa, że są to środki pielęgnacyjne, na które nie ma dofinansowania, albo wsparcie remontu dla bezradnych rodziców, którzy wielokrotnie zawiedli się na ludziach. Staram się wtedy nie tylko pomóc finansowo, ale - na ile to możliwe - inspirować do włączenia w konkretne dzieło jakiejś wspólnoty - parafialne, grupy modlitewne, różne środowiska. Nie zawsze jest na to czas albo możliwości, ale marzę, by ta posługa była dla innych impulsem do wspólnego działania.
Brakuje Ci pieniędzy na te dzieła, tych ludzi, o których wiesz, że są potrzebujący? Może chciałbyś zaapelować konkretnie do kogoś, by wsparł twoją misję?
Przyznam, że mam marzenia, które rozbijają się o brak pieniędzy. Jednym z nich jest stworzenie dostępu do interwencyjnego miejsca schronienia, gdzie ktoś mógłby się bezpiecznie zatrzymać choćby na kilka dni. Do tej pory udawało się znajdować życzliwych ludzi i klasztory, które w nagłych sytuacjach pomagały. Drugim marzeniem jest ambulatorium, w którym osoby w kryzysie bezdomności - z poszanowaniem ich godności i ze zrozumieniem ich bied, często natury psychicznej - mogłyby być regularnie objęte podstawową opieką medyczną.
Czy przez te miesiące udało się zbudować świadomość w archidiecezji wrocławskiej, że jest jałmużnik, czy jeszcze wiele pracy przed Tobą?
Oj, jeszcze bardzo wiele. Cieszy mnie, gdy za pośrednictwem abp. Józefa Kupnego trafiają do mnie pieniądze zebrane na parafialnych festynach albo ofiary ze skarbon ustawionych w kościołach. To się dzieje, ale wciąż jest raczej wyjątkiem niż regułą. Jednocześnie wciąż waham się przed szerokim "rozgłaszaniem" tej posługi. Chciałbym, by była ona dyskretna, bezpośrednia i pokorna - bez blichtru, fundraisingu i rozbudowanych struktur promocyjnych. Skromna, na miarę możliwości, w pewnym sensie nieprofesjonalna, bo jest także wolontariatem. Widzę jednak, że mój głos bywa słyszany i że są ludzie, którzy chcą i potrzebują go usłyszeć. Pomogła mi w tym także pierwsza adhortacja Ojca Świętego Dilexi te, w której znalazłem wiele osobistego pokrzepienia i potwierdzenia sensu tej posługi.
Na czyje wsparcie najbardziej możesz liczyć, a na czyje wsparcie liczysz w przyszłości?
Od początku jest to dzieło ufundowane z osobistych środków księdza arcybiskupa i to od niego pochodzi większość pieniędzy, którymi dysponuję. Bardzo ciepło ta posługa została także przyjęta w mojej wspólnocie parafialnej, skąd płynie realne wsparcie. Rozwijam współpracę z organizacjami pomocowymi, ale także z różnymi środowiskami, jak choćby Mężczyźni św. Józefa. Myślę, że szczególnie wspólnoty modlitewne i charyzmatyczne, dbające o duchowy rozwój swoich członków, mogłyby korzystać z tej posługi, by nie zatracić konkretnego zakorzenienia w rzeczywistości braci i sióstr doświadczających różnych form ubóstwa. Jednocześnie jestem świadomy, że doświadczenia pandemii i wojny w Ukrainie nauczyły nas wszystkich mądrego pomagania i skierowały nasze osobiste środki ku tym dziełom i instytucjom, którym ufamy i z którymi chcemy się identyfikować.
Domyślam się, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Życie pisze różne scenariusze. Nie masz ochoty zostawić tej funkcji, kiedy się nie układa albo kiedy czujesz bezradność wobec skali ludzkich krzywd?
Przyznam, że Pan jest łaskawy i daje mi tyle spraw i zadań, iloma w danym momencie jestem w stanie się zaopiekować. Pojawiają się także środki i ludzie, którzy chcą podzielić się swoim czasem i zasobami. Świadomie nie mam dyżurów ani biura. Najczęściej trafiają do mnie pracownicy i wolontariusze już zaangażowani w pomoc, którzy weryfikują potrzeby i organizują logistykę. Często potrzebują jedynie swoistego "wiatru w żagle" i delikatnego popchnięcia w dobrą stronę. Wsparcie finansowe bywa często niezbędne, ale staram się też zachęcić do poszukania szerszego grona osób, które mogłyby się w tę pomoc włączyć.