Na styczniowej sesji sejmiku województwa dolnośląskiego z okazji 84. rocznicy powstania Armii Krajowej radni podjęli uchwałę przyznającą odznakę honorową złotą "Zasłużony dla województwa dolnośląskiego" major Wandzie Kiałce.
Kombatantka, która osiągnęła już piękny wiek 104 lat, otrzymała odznaczenie na krótkiej uroczystości 25 marca. Uczestniczyli w niej jej najbliżsi, przedstawiciel samorządu województwa dolnośląskiego, pracownicy Instytut Pamięci Narodowej, Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej oraz przedstawiciele stowarzyszenia Odra-Niemen.
- Tytuł ten jest uznaniem zasług pani major. Za niezłomną postawę, odwagę i miłość do ojczyzny, które pani Wanda wielokrotnie udowadniała jako żołnierz Armii Krajowej, Sybirak i członek Światowego Związku Armii Krajowej. Co ciekawe, w tym roku mija 70 lat, od kiedy Wanda Kiałka przybyła do Wrocławia. I przez te 7 dekad spotykała się z ludźmi, przekazywała wiedzę o Armii Krajowej. Przychodziła do szkół, gdzie jako świadek historii opowiadała młodzieży o czynie zbrojnym na Wileńszczyźnie i nie tylko. Dzięki niej wielu młodych ludzi dowiedziało się, jak wyglądała walka Armii Krajowej i zsyłki na Sybir. Pani Wanda jest symbolem Armii Krajowej na Dolnym Śląsku - mówi Damian Mrozek, wiceprzewodniczący sejmiku województwa dolnośląskiego.
- Dziękuję bardzo wszystkim za życzliwość i życzę wszystkim opieki Bożej na całe życie - przemawiała ze wzruszeniem Wanda Kiałka.
Przejęcia nie kryli także najbliżsi kombatantki, którzy są bardzo z niej dumni.
- Mama ma serce na dłoni i wiele dobrego zrobiła dla Polski. Cieszymy się, że została tak wspaniale uhonorowana. Jak na 104-latkę ma genialną kondycję. Każdemu bym życzyła takiego zdrowia. Co ciekawe, pamięta bardzo dobrze czasy wojny, natomiast kiepsko już u niej z pamięcią dotyczącą teraźniejszości. Ale o wojennych czasach i zsyłce na Sybir może opowiadać godzinami. Zna wiele historii. Nie przypomni sobie, co było 20 lat temu, ale wyciągnie z pamięci to, co było 80 lat temu. To pokazuje, jak silne piętno odcinęły na niej okres młodości, który przypadł na wojnę - mówi Danuta Kiałka, synowa Wandy Kiałki.
Los poprowadził polską bohaterkę z Wilna aż na Syberię. Ostatecznie osiadła we Wrocławiu. Jest przykładem kobiety niezłomnej, rozmodlonej i radosnej mimo wielu drastycznych przejść. Sanitariuszka i łączniczka Armii Krajowej Wanda Kiałka aresztowana drugi raz przez NKWD została skazana na 20 lat katorgi w rosyjskiej Workucie. Wróciła po 12 latach w 1956 roku i od tamtej pory do dziś mieszka we Wrocławiu.
Przed laty w rozmowie z "Gościem Niedzielnym" opowiadała:
Zostaliśmy wychowani w wierze katolickiej, choć przyznam się, że czasem nie potrafiłam się modlić, doświadczając w obozie na zsyłce potwornych połajanek. Wtedy mówiło się: „O, Boże” i kładło się spać, żeby jak najwięcej odpocząć. Ale dziś wiem z całą pewnością, że Bóg był z nami zawsze, a my z Nim. Tam, w dalekiej Workucie, patrzyłam w niebo i pytałam „Boże, gdzie jesteś?”. W czasie tej katorgi, gdy nas bito, poniżano, traktowano jak podludzi. Mimo traumatycznych przejść zachowałam wiarę w Boga. Myślę, że dzięki Jego obecności w naszych sercach przetrwaliśmy. Trudno bowiem wytłumaczyć, dlaczego jeden człowiek ma cierpieć z powodu drugiego. Tak po prostu jest.
Uhonorowanie major Wandy Kiałki jest nie tylko wyrazem uznania dla jej osobistych zasług, ale także przypomnieniem o losach pokolenia, które doświadczyło wojny, represji i zesłania. Jej wieloletnia działalność edukacyjna i świadectwo życia pozostają ważnym elementem budowania pamięci historycznej wśród młodszych pokoleń.









