Homilię podczas Mszy św. wygłosił ks. Sylwester Łaska, przyjaciel zmarłego trenera. Kaznodzieja rozpoczął od osobistego zwrócenia się do rodziny - żony, dzieci i najbliższych. Wspomniał także kibiców oraz środowisko sportowe, które licznie przybyło, by oddać hołd trenerowi. - Spotykamy się w mieście, które Jacek pokochał, ale też w mieście, które pokochało Jacka - mówił ks. Łaska.
Od pierwszych słów wprowadził słuchaczy w szczególny kontekst odejścia trenera. - Spotykamy się w Tygodniu Miłosierdzia... Jacek odszedł w dniu, w którym wspominamy mękę Pańską, ale też w oktawie Wielkanocy, która obiecuje życie wieczne - przypomniał. W tych słowach zawarł się klucz do zrozumienia całej homilii: śmierć nie jest końcem, lecz przejściem. Dlatego spotkanie miało charakter nie tylko żałoby, ale i wdzięczności.
Punktem wyjścia do refleksji była Ewangelia o Nikodemie. Ks. Łaska nie poprzestał jednak na jej interpretacji - przeniósł ją wprost na życie J. Magiery. Mówił o młodych ludziach, którzy - podobnie, jak Nikodem - przychodzili szukać odpowiedzi. Tyle że ich "mistrzem" był trener. - Do niego też wielu młodych ludzi przychodziło po pomoc i poradę. Nie tylko wtedy, gdy gasły jupitery, ale wtedy, gdy gasła w nich nadzieja - zaznaczył.
I tu pojawiła się jedna z najważniejszych cech J. Magiery: - On wybitnie potrafił słuchać. Nie oceniał, nie narzucał presji, ale stawał się bezpieczną przystanią - zaznaczył kapłan. Kaznodzieja podkreślał, że była to umiejętność rzadka, niemal "biblijna". To ona sprawiała, że relacje, które budował, sięgały dużo głębiej niż sport.
W homilii mocno wybrzmiał też wątek wychowania. Ks. Łaska przypomniał, że J. Magiera nie był tylko człowiekiem futbolu, ale także magistrem historii - kimś, kto rozumiał znaczenie korzeni i odpowiedzialności. To właśnie w tym kontekście padły słowa o przykazaniu "nie zabijaj", rozumianym przez niego w sposób bardzo konkretny i wymagający. - Zabić można na każdym kroku. Można zabić słowem, można zabić decyzją. Zabić można też talent - lenistwem i używkami - tłumaczył.
J. Magiera - jak podkreślił kapłan - był kimś, kto przed tym ostrzegał. - On nie trenował tylko nóg. On ratował duszę przed bylejakością - podkreślał. Uczył młodych, że sport to tylko etap, a prawdziwym zadaniem jest życie. - Zawodnikiem jest się przez chwilę, a człowiekiem i chrześcijaninem przez całe życie - przypominał.
Jednym z najbardziej obrazowych momentów homilii była opowieść o przeprowadzce. Jacek - jak opowiadał ks. Łaska - został wtedy sam, bo inni nie mieli czasu. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co zmieniło jego duchową drogę. - Pojawił się młody chłopak Filip, który po prostu mu pomógł - mówił kaznodzieja. Po pracy J. Magiera chciał mu zapłacić. Ale chłopak nie chciał przyjąć zapłaty. - Filip wyjął z plecaka książkę o ojcu Pio i powiedział, że czuł, iż musi mu ją dać - opowiadał.
Ten prosty gest stał się początkiem czegoś większego. Jak opowiadał ks. Łaska, książka zaprowadziła Jacka i jego żonę do Włoch - do miejsc związanych z duchowością św. Pio i sługi Bożego ks. Dolindo Ruotolo.
Kolejny ważny moment rozegrał się na południu Włoch. Ks. Łaska przywołał historię, którą J. Magiera sam opowiadał z dużym przejęciem. - Gdy przyjechał do Neapolu, pogoda była fatalna, kościół zamknięty, wszystko zdawało się przeszkadzać. Pogoda robiła wszystko, by nie mógł nawiedzić grobu ks. Dolindo. Ale on był uparty - tak, jak na boisku. - Nie odpuścił. Wrócił następnego dnia - mówił kaznodzieja.
Przy grobie ks. Dolindo zmagał się z decyzją: czy wrócić do pracy, czy podpisać kontrakt ze Śląskiem. - Wypowiedział trzy razy: "Jezu, Ty się tym zajmij" - opowiadał kapłan. Godzinę później - jak relacjonował ks. Łaska - pod muralem Diego Maradony odebrał telefon. - Reszta historii jest znana: rok później Śląsk Wrocław świętował wicemistrzostwo Polski - opowiadał.
Homilia bardzo mocno wybrzmiała też w wątku rodziny. Ks. Łaska mówił o wierze, która nie była deklaracją, ale codziennością. Przypomniał moment z Gietrzwałdu, gdzie rodzina podjęła zobowiązanie: codzienny Różaniec. - Ta obietnica stała się ich codziennym chlebem i wielką siłą - podkreślił. Ta siła objawiła się szczególnie w chwili śmierci: - Kiedy przyszedł ten tragiczny piątek, świat im się zawalił. Ale odpowiedź była jednoznaczna. Wyjęli różaniec. Nie było buntu. Było trzymanie się Matki Bożej - zaznaczył.
Jeszcze bardziej poruszające było to, co wydarzyło się dzień później. - Janek i Małgosia wzięli różańce, rozdali je każdemu i powiedzieli: "Modlimy się dalej. Tata by tego bardzo pragnął" - opowiadał.
W tym miejscu ks. Łaska postawił jasną tezę: - Największym sukcesem Jacka nie były wyniki sportowe. Nie medale, nie punkty w tabeli... ale dzieci, które w godzinie próby wiedzą, gdzie szukać ratunku.
To właśnie nazwał jego prawdziwym zwycięstwem.
Homilia przywołała także ostatnie zapisane przez J. Magierę słowa. Notatka w telefonie, zrobiona w dniu śmierci, kilka minut przed odejściem: - "To tu toczy się walka codzienna. Robić, nie robić. Chcę, nie chcę" - cytował ją kapłan. Nazwał ją "ostatnim raportem taktycznym". Dowodem, że do końca był człowiekiem walki - nie o wynik, ale o dobro.
Zakończenie homilii przyniosło słowa, które natychmiast stały się symbolem tego pożegnania. - Jacek nie odszedł. On tylko zmienił sektor na trybunach - mówi do wzruszonych uczestników pożegnania. A chwilę później wspólna modlitwa: "Jezu, Ty się tym zajmij". I obietnica: - Nie mówimy: "żegnaj". Mówimy: "do zobaczenia".








