W sanktuarium pw. Matki Bożej Dobrej Rady w Sulistrowicach parafianie, a także czciciele Maryi świętowali uroczystości odpustowe. Po Mszy odbył się piknik z występami muzycznymi.
Imieniny Matki Bożej Dobrej Rady przyciągnęły kilkaset osób nie tylko z Sulistrowiczek, ale także z okolic, a nawet z Wrocławia. Uroczystość w malowniczo położonym pod górą Ślężą sanktuarium rozpoczęła się od Mszy Świętej, której przewodniczył ks. Arkadiusz Kruk, wikariusz biskupi ds. stałej formacji kapłanów.
W homilii ks. Kruk opowiedział historię. Żył sobie pewien rycerz, który z wielką odwagą walczył na wszystkich frontach swojego królestwa. Pewnego dnia potknął się i strzała z kuszy przecięła mu nogę. Kiedy stracił przytomność, przyśniło mu się niebo. Było ono jednak bardzo daleko, a piekło zaś było blisko.
Rycerz przeobraził się w żołdaka, który zabijał. W końcu udał się do jaskini, gdzie przebywał święty pustelnik. Prosił go o pokutę i rozgrzeszenie. Rycerz usłyszał: „Synu, idź i napełnij wodą tę beczkę i wróć z nią do mnie”. „Przecież to pokuta dla dzieci i kobiet” – pomyślał rycerz. Udał się do rzeki, zanurzył baryłkę w wodzie, ale ona nie chciała się napełnić. Wściekły udał się do studni, ale i tak jego trud był daremny. Rok później pustelnik zobaczył go na kolanach w podartym ubraniu, wykończonego. Nie mógł napełnić baryłki w wielu źródłach. – Moje grzechy nie będą mi odpuszczone, będę potępiony na wieczność – mówił. Łzy spływały mu po policzkach i nagle jedna łza spadła do baryłki, a wówczas baryłka w mgnieniu oka napełniła się wodą czystą i przejrzystą.
– Rycerz otarł się o śmierć, a Bóg potrafił tę jego ranę wykorzystać, by jego duszę uzdrowić.Czasami jest tak w naszym życiu. Gdzieś upadniemy, zranimy się i Bóg potrafi to wykorzystać, by przez te szczelinę nas uzdrowić – mówił ks. Kruk.
Jak wyjaśniał, to podobnie jak kardiochirurg, który potrafi operować. Bóg czasem to nasze serce z kamienia chce wyjąć, a dać nam serce Jezusa.
– Bóg nas kocha niewypowiedzianą miłością. To jest jak z kamieniem, który leży tysiąc lat w wodzie. Kiedy go wyciągniemy i rozbijemy, to w środku będzie suchy. I my tak mamy z sercem. Łaska boża nas obmywa, ale w środku serca czasami jest sucho. Jesteśmy jakby wodoszczelni. Ale przyjdzie moment, że coś w nas pęknie i Bóg potrafi wtedy ten nasz wypadek wykorzystać, by dotknąć naszej duszy – przekonywał ks. Kruk.
Przywołał postać Rudolfa Hössa – komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.
– Był w dzieciństwie bardzo pobożny – mówił ks. Kruk. – Był ministrantem, modlił się, pielgrzymował do Lourdes.
Opowiedział historię z jego młodości. Pewnego dnia Rudolf pokłócił się z kolegą i popchnął go tak nieszczęśliwie, że chłopak złamał nogę. Gdy wrócił do domu, zastał księdza w odwiedzinach u rodziny. Po wyjściu duchownego ojciec natychmiast wezwał syna i surowo go skarcił.
Młody Rudolf doszedł do wniosku, że ksiądz musiał zdradzić tajemnicę spowiedzi i powiedzieć rodzicom o całym zajściu. W rzeczywistości ojciec dowiedział się o wszystkim ze szkoły. Ale Rudolf o tym nie wiedział.
– I tego dnia – mówił ks. Kruk – jego przyjaźń z Kościołem i z Bogiem się zakończyła.
Lata później, w czasie II wojny światowej, został komendantem Auschwitz – miejsca niewyobrażalnego cierpienia i śmierci.
Do obozu przybył pewnego dnia jezuita, o. Władysław Lohn, chcąc pokrzepić współbraci. Wszedł bez zezwolenia i został schwytany. Zaprowadzono go przed komendanta. Groziła mu kara śmierci.
– Do dziś nie wiemy, co dokładnie się wydarzyło – mówił kaznodzieja – ale Höss go wypuścił. Darował mu życie.
Ten gest – czy był aktem litości, chwilowego poruszenia, a może ironią losu – stał się ziarnem, które wykiełkowało dopiero po latach.
Po wojnie Höss został schwytany, osądzony i skazany na śmierć w 1947 roku. Oczekiwał na wykonanie wyroku w więzieniu w Wadowicach. Wtedy – jak zapisał w swoim dzienniku – w jego sercu zaczęło się coś dziać. Wróciły wspomnienia dzieciństwa. Pojawiła się potrzeba rozmowy z księdzem.
Napisał list do metropolity krakowskiego z prośbą o odnalezienie jezuity, którego kiedyś uwolnił. O. Władysław posługiwał wówczas w mało znanym miejscu – w Krakowie-Łagiewnikach. Zgodził się spotkać z niemieckim zbrodniarzem.
Strażnicy więzienni wspominali, że widzieli człowieka, który przez długie godziny płakał. Wyspowiadał się i przyjął Komunię Świętą. Owocem tej spowiedzi był list wyrażający głęboką skruchę za popełnione zbrodnie.
Co znamienne, wszystko to wydarzyło się w sobotę po Wielkanocy 1947 roku – w dniu, który później Kościół ustanowił wigilią Święta Miłosierdzia Bożego.
– Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią – przypomniał ks. Kruk. – Ten Niemiec okazał kiedyś księdzu miłosierdzie w obozie. Może chciał z niego zakpić. A jednak słowo Jezusa się wypełniło.
Po ludzku – mówił kaznodzieja – świat postawił na Hössie krzyżyk. I trudno się temu dziwić. Skala jego zbrodni była niewyobrażalna. A jednak Bóg na nikim nie stawia krzyżyka. On walczy do samego końca o człowieka.
Po Mszy Świętej wierni wzięli udział w pikniku z atrakcjami.
– Odpust w naszym sanktuarium to świetna okazja do integracji parafian, ale nie tylko. Przyjeżdżają do nas zawsze czciciele Maryi, którzy regularnie się modlą za wstawiennictwem Matki Bożej Dobrej Rady. Wiele osób w ciągu roku nawiedza to miejsce, doceniając również walory turystyczne okolicy. Cieszę się, że pogoda dopisała, bo mogliśmy dzięki temu dłużej poświętować na dworze, pobyć ze sobą – mówi ks. Jakub Bartczak, proboszcz parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Sulistrowicach.