Że rolnikom nie jest dzisiaj łatwo, to wie chyba każdy, kto się z nimi zetknął. Nie ukrywają, że sytuacja staje się coraz trudniejsza. Susza, rosnące koszty produkcji i niepewność rynku sprawiają, że wielu z nich zadaje sobie pytanie, jak długo jeszcze będą w stanie utrzymać gospodarstwa. Wielu z nich swoją ciężką pracę powierza Panu Bogu.
- Msze polowe to dobra inicjatywa w dobie suszy i braku deszczu. Nasz ksiądz proboszcz wyszedł z bardzo dobrym pomysłem wspólnej modlitwy - mówi Mariusz Załoga, rolnik z Bukowia koło Bierutowa, który gospodaruje na tysiącu hektarów. Uprawia pszenicę, rzepak, kukurydzę i słonecznik.
Jak podkreśla, w Bierutowie i okolicznych parafiach większość mieszkańców żyje z rolnictwa. - Potrzebujemy modlitwy o siły, o dobrą pogodę, o wytrwałość. Dlatego Msze w naszych miejscowościach to trafiona inicjatywa - zaznacza M. Załoga.
Zamyśla się, a po chwili dodaje: - Mamy trudne warunki do rolnictwa w Polsce. To przestaje mieć sens. W tym roku panuje susza, zalewa nas towar z Ukrainy, a rolnictwo staje się nieopłacalne. Jak nas zabraknie i żywność podrożeje o 100 czy 200 proc., to będzie już za późno - uważa mieszkaniec Bukowia.
Rolnik zwraca uwagę, że polscy producenci muszą spełniać rygorystyczne normy dotyczące środków ochrony roślin, podczas gdy - jego zdaniem - produkty sprowadzane z zagranicy nie zawsze podlegają takim samym zasadom. - Nasze produkty są dużo lepsze niż te, które przyjeżdżają z Ukrainy. My mamy wiele zakazów, a tam stosuje się środki, których u nas używać nie wolno - podkreśla. - Proszę, módlcie się za polskich rolników. I bądźcie z nami - apeluje.
Podobnie o sytuacji na wsi mówi Mariusz Pawlik, rolnik gospodarujący na terenie gminy Bierutów i sąsiednich miejscowości. - Inicjatywa wspólnej modlitwy jest dobra, bo każdy rolnik modli się o pogodę i dobre warunki do szczęśliwych zbiorów. Ale też dziękujemy za zeszłoroczne plony - przyznaje.
Od ponad 25 lat prowadzi gospodarstwo nastawione na produkcję roślinną - zboża, rzepak i kukurydzę. Jak zauważa, dzisiejsze rolnictwo coraz bardziej przypomina prowadzenie dużego przedsiębiorstwa. - Ceny zbóż oscylują dziś na poziomie sprzed 20 lat, a koszty produkcji wzrosły kilkakrotnie. Żeby utrzymać gospodarstwo, trzeba inwestować w nowe technologie i stale szukać sposobów na obniżanie kosztów - tłumaczy.
Jego zdaniem, przed polskim rolnictwem stoją poważne wyzwania. Coraz większa biurokracja i rosnące wymagania sprawiają, że małe gospodarstwa mogą sobie nie poradzić. - Za kilka lat przetrwają głównie większe gospodarstwa. Typowa produkcja roślinna wymaga dziś skali. Gospodarstwo bliżej 100 ha ma jeszcze szansę się utrzymać - ocenia.
Mimo trudności nie wyobraża sobie innego życia. Ta praca daje mu przyjemność i wiąże z nią swoją przyszłość. Choć jest ciężko, traktuje gospodarstwo jak przedsiębiorstwo. Musi "wstrzelić się" w okna pogodowe zarówno przy zasiewach, jak i przy zbiorach. Z dumą opowiada też o synu, który mimo studiów nadal chce rozwijać się w kierunku rolnictwa. - To dla mnie wielkie szczęście, że chce pomagać w gospodarstwie i widzi swoją przyszłość na wsi - komentuje pan Mariusz.
Proboszcz parafii w Bierutowie ks. Bartosz Mitkiewicz podkreśla, że Dni Krzyżowe są odpowiedzią na potrzeby mieszkańców. - Odprawiamy je już po raz trzeci. Spotykamy się tam, gdzie ludzie żyją i pracują - na polach, przy krzyżach i kapliczkach. Modlimy się o dobre urodzaje, ochronę plonów, sprzyjającą pogodę i pokój dla świata, w którym wciąż wielu ludzi cierpi głód - mówi duchowny.
Jak zaznacza, modlitwa o deszcz i dobre plony od wieków była wpisana w życie polskiej wsi, ale dziś nabiera nowego znaczenia. - Widzimy, jak zmienia się pogoda, jak niepewna staje się sytuacja na świecie i jak wiele zależy od ziemi, pracy ludzkich rąk oraz Bożego błogosławieństwa - wymienia ks. Bartosz.
Kapłan zwraca uwagę, że w nabożeństwach uczestniczą całe rodziny. Cieszy go obecność dzieci i młodzieży. To piękny przykład ludowej pobożności i troski o tradycję, która łączy pokolenia. - Parafia żyje nie tylko w kościele, ale też w małych miejscowościach, przy drogach i na polach - dodaje ks. Mitkiewicz.
Jednym z inicjatorów przeniesienia modlitw z kościoła na pola był Piotr Niedzielski, rolnik gospodarujący na 140 ha, który przejął gospodarstwo po rodzicach. - Zawsze modlitwa była dla nas wsparciem i duchowym przewodnikiem. Chcemy, żeby Bóg pomagał nam w zasiewach i zbiorach - mówi. To właśnie on dwa lata temu podsunął pomysł, by Msze odprawiać przy krzyżach stojących na krańcach wiosek. - Pomyślałem, że skoro mamy cztery krzyże na końcach miejscowości, to może warto spotykać się właśnie tam. Potem inne wioski też się przyłączyły, zaczęły powstawać kapliczki i kolejne krzyże - opowiada.
Rolnicy z tych terenów szczególnie odczuwają skutki suszy. - Jest okropnie sucho. Mimo zimy śnieg omijał nasze strony i brakuje wody w ziemi. Do tego przyszły zimne temperatury i przymrozki pod koniec kwietnia. Rzepak bardzo słabo sobie radzi i nie rokuje dobrych plonów - mówi P. Niedzielski.
Nie ukrywa też, że coraz mniej młodych ludzi chce wiązać przyszłość z rolnictwem. - To ciężki kawałek chleba. Dzieci wyprowadzają się do miast, a żeby prowadzić gospodarstwo, trzeba mieć prawdziwą pasję - zaznacza pan Piotr.
Coraz trudniej także o opłacalność produkcji. Tłumaczy, że kiedyś pszenica konsumpcyjna była wyraźnie droższa. Dziś różnica między nią a paszową wynosi ok. 200 zł. Rolnikom nie opłaca się produkować dobrej jakości zboża na chleb, bo nie ma z tego pieniędzy. Jego zdaniem, największe zyski osiągają dziś firmy skupujące płody rolne. - Nie ukrywam, jest coraz gorzej. Maleją też dopłaty z Unii Europejskiej - mówi.
Dlatego podczas Dni Krzyżowych modlitwy są bardzo konkretne. - Modlimy się, żeby pogoda zaczęła sprzyjać rolnikom. Potrzebujemy deszczu, ale bez kataklizmów i nawałnic. W tamtym roku prosiliśmy, żeby deszczu nie było za dużo, bo padało bardzo mocno. Taki już los rolnika. Dla kogoś może to być śmieszne, że raz modlimy się o deszcz, a innym razem o to, żeby przestał padać. Ale od tego naprawdę zależy nasze życie - podsumowuje.
Rolnicy podkreślają też, że ich praca bywa często niezrozumiana przez ludzi spoza wsi. Słyszą, jak ludzie komentują krzywdząco, że "rolnik śpi, a w polu samo rośnie". - My nieraz pracujemy po 18 godzin dziennie - przypomina P. Niedzielski.








