Obchody rozpoczęły się przy tablicy upamiętniającej porucznika, znajdującej się na grobie jego rodziców.
Zdjęcia:
Z pamięcią o bohaterach spod Monte Cassino
Jerzy Adlerstein urodził się 19 grudnia 1919 roku. Wziął udział w kampanii 1939 r., a potem trafił w szeregi 2 Korpusu Polskiego. Służył w szwadronie rozpoznawczym 4 Pułku Pancernego "Skorpion", wchodzącym w skład 2 Brygady Pancernej Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Ze swoim pułkiem przeszedł cały szlak bojowy 2 Korpusu Polskiego we Włoszech.
Został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Monte Cassino i innymi odznaczeniami, polskimi i brytyjskimi. W marcu 1947 r. wraz z rozwiązaniem pułku został zdemobilizowany. Obawiając się represji w komunistycznej Polsce, pozostał na emigracji. Zmarł 16 sierpnia 1990 r. w Wielkiej Brytanii.
W czasie obchodów przypomniano znaczenie bitwy o Monte Cassino, jednej z najcięższych bitew II wojny światowej. Trwała od stycznia 1944 r.; od maja - z udziałem Polaków. Dyrektor Wrocławskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej Kamil Dworaczek podkreślił rolę, jaką odegrali w niej nasi rodacy, w tym 4 Pułk Pancerny "Skorpion", w którym służył por. Adlerstein. - To właśnie pancerniacy przebijali drogę przez Gardziel - bardzo trudne, ufortyfikowane miejsce, co z kolei umożliwiło zdobycie strategicznych pozycji niemieckich, w tym wzgórze Widmo. Później postawiono tam pomnik, niezwykle symboliczny, którego podstawą był zniszczony czołg. Na nim wzniesiono krzyż, zbudowany z czołgowych gąsienic. Na tablicy znalazła się inskrypcja głosząca, że pomnik ten jest poświęcony Polakom poległym "w marszu do Polski" - mówił.
Podkreślił, że głównym celem żołnierzy 2 Korpusu była właśnie wolność Polski. Wielu z nich jednak nie było dane ukończyć owego marszu do wolnej ojczyzny - zginęli w walkach lub pozostali na emigracji. - Dzisiaj w pewien symboliczny sposób, po 82 latach od bitwy o Monte Cassino, pan porucznik wraca do Polski. Znalazł drogę z ziemi włoskiej do Polski i dołącza do panteonu bohaterów pod Monte Cassino. Panteonu, bo na wrocławskich cmentarzach mamy wielu uczestników tej bitwy - zauważył.
O losach J. Adlersteina mówili przedstawiciele jego rodziny. - Nie poznałyśmy wuja osobiście, choć był obecny w naszym życiu od najwcześniejszego dzieciństwa - obecny w tęsknocie naszej mamy, dziadków, we łzach babci, która opłakiwała każdą dłuższą przerwę w korespondencji, a wyczekiwała nawet najbardziej lakonicznej informacji od niego - wspominały Maria Wanke-Jerie i Małgorzata Wanke-Jakubowska.
Opowiadały, że ostatni list od wujka przyszedł w 1960 roku. Od tego czasu wysyłane do niego przesyłki polecone wracały z adnotacją "adresat nieznany", a poszukiwania prowadzone poprzez Czerwony Krzyż przez całe lata nie dawały żadnych rezultatów. - Później okazało się, że ukrył się przed światem, ale także przed swoją rodziną. Zmienił imię z Jerzego na George, z nazwiska wykreślił jedną literkę, żeby brzmiało bardziej z angielska, a przede wszystkim zmienił adres zamieszkania. Dlaczego - pozostanie tajemnicą, ale można przypuszczać, że obawiał się, iż dosięgnie go drugie ramię Moskwy albo jej namiestników w Polsce. Wszak żołnierze Armii Andersa, a zwłaszcza oficerowie, byli szczególnie prześladowani. Represje dotykały także ich rodzin. Być może w ten sposób chciał chronić także i nas - mówiły.
Dopiero gdy był umierający, powiedział pielęgniarce, że ma siostrę w Polsce. - Czerwony Krzyż odszukał naszą mamę rok po jego śmierci. Przez te wszystkie lata miał Polskę w sercu. W jego mieszkaniu znalazłyśmy mnóstwo polskich książek, wycinki z gazet z informacjami o Polsce, o wyborze papieża, jego pielgrzymkach do ojczyzny, o Solidarności, a także listy naszej babci i nasze zdjęcia z dzieciństwa. W latach 80. wspierał represjonowanych działaczy i wysyłał paczki do rodzin w Lubinie i w Jaworze - opowiadały krewne por. Adlersteina.
- Dlaczego w czasie "karnawału Solidarności" nie odszukał swojej rodziny w Polsce? Nie wiemy. Być może - i słusznie - nie wierzył, że te zmiany są trwałe? U progu wolnej Polski był już ciężko chory. Zmarł 16 sierpnia 1991 r. Żegnali go jego koledzy z koła "Skorpionów", z bojowym proporcem. Wiemy, że marzył o powrocie do domu. W jego szpargałach znalazłyśmy odręcznie napisane słowa pieśni "Wrócimy" autorstwa Wiktora Budzyńskiego z poruszającym refrenem: "Wrócimy tam, gdzie dziś serce tęskni (...). Wrócimy tam, żeby zerwać Ojczyźnie kajdany, Wrócimy tam, gdzie nasz dom, nasz kraj kochany" - opowiadały panie Maria i Małgorzata.
O swoim krewnym mówił też Andrzej Jerie, dyrektor Centrum Historii "Zajezdnia", ukazując na przykładzie śp. Jerzego zawiłości losów wielu Polaków, których historia "rzucała po świecie". J. Adlerstein po kampanii wrześniowej trafił do Rumunii, na Węgry, do Wielkiej Brytanii, Egiptu, do Włoch i znów do Wielkiej Brytanii. - Wolą naszą było sprowadzenie jego prochów do Polski, ale okazało się to niemożliwe, ponieważ zostały rozsypane w miejscu pamięci na cmentarzu w Wielkiej Brytanii. Nie można było sprowadzić nawet ziemi z prochami - tłumaczył A. Jerie. Wyraził radość z powstania tablicy - znaku pamięci - znajdującej się na grobie rodziców porucznika, niedaleko od miejsca pochówku jego siostry. To rodzaj symbolicznego powrotu do kraju.
Wspomnianą tablicę poświęcił w czasie uroczystości ks. ppor. Paweł Komar. Po modlitwie, złożeniu kwiatów i zniczy uczestnicy uroczystości udali się także pod pomnik innego uczestnika bitwy o Monte Cassino - Antoniego Niewęgłowskiego. Podkreślano, że poniedziałkowe obchody to akt upamiętnienia wszystkich żołnierzy 2 Korpusu Polskiego.
Z pamięcią o bohaterach spod Monte Cassino









