Nowy numer 44/2020 Archiwum

Pierwszy i ostatni raz

Miałem dokładnie 354 dni na to, żeby się z nim spotkać. Ale odkładałem i odkładałem. Aż było za późno. Dostałem nauczkę, która mobilizuje.

Pana profesora Mariana Rutkowskiego poznałem 28 września 2015 roku na otwarciu wystawy o żołnierzach wyklętych. Poważny, a zarazem uśmiechnięty i otwarty. Od razu zrobił na mnie wrażenie. Mężczyzna z klasą. Na lewym ramieniu biało-czerwona opaska z napisem „NSZ. Brygada Świętokrzyska”. I wszystko jasne.

Podszedłem, zagadałem. Ucieszył się, że chcę poznać jego historię. Żadnych oporów. Od razu przeszedł do konkretów. Zostawił wizytówkę i poprosił, żebym zadzwonił w ciągu kilku dni i umówimy się na spotkanie. Byłem pod wrażeniem. Już miałem odchodzić, gdy zatrzymał mnie, mówiąc: „A pokażę coś jeszcze Panu”. Wyciągnął mocno zużytą książeczkę inwalidy wojennego, otworzył ją, a w środku zobaczyłem jego zdjęcie z młodości, z partyzantki. Dumny polski żołnierz w mundurze z karabinem na ramieniu. I ręczny podpis: „Marian Osa Rutkowski”.

Zapytałem, czy mogę sfotografować najpierw to zdjęcie, a potem jego. Zgodził się bez wahania. Potem mocny uścisk dłoni. Na odchodne rzuciłem: „Dziękuję za Pana walkę o Polskę przez całe życie. To dla mnie zaszczyt”. Uśmiechnął się i odparł tylko: „Do zobaczenia”, jakby chciał mi przypomnieć, że jesteśmy umówieni. A to był pierwszy i ostatni raz.

Pierwszy i ostatni raz   Zdjęcie z młodości w partyzantce, które śp. prof. Marian pokazał mi podczas pierwszego spotkania Maciej Rajfur /Foto Gość

Przez ten rok zrobiłem wiele ciekawych rzeczy, odwiedziłem kilka pięknych i niezapomnianych miejsc, spotykałem mnóstwo wspaniałych osób, także kombatantów różnych formacji niepodległościowych. Niestety, przez praktycznie cały rok nie znalazłem czasu, żeby skontaktować się ze śp. prof. Marianem Rutkowskim. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego. Byłem ciągle czymś zajęty. Pierwszy i, mam nadzieję, ostatni raz.

Z porucznikiem Rutkowskim ps. „Osa” nie zdążyłem. I żałuję, bo na własne życzenie. Bo mogłem, miałem okazję, dostałem szansę, właściwie sam ją stworzyłem. Ale potem wiadomo: wpadłem w wir życia i codzienne obowiązki. Wszystko stało się ważniejsze... Oby pierwszy i ostatni raz. Czas mijał i dla mnie minął. Tę potyczkę przegrałem, jednak dała mi srogą nauczkę, którą zapamiętam na długo. 

I niech to będzie nauczka dla wszystkich, którzy mogą, którzy stają przed szansą spotkania z bohaterami, ostatnimi z ostatnich żyjących. Tu nie można zwlekać. Oni odchodzą w zastraszająco szybkim tempie na naszych oczach, a my jesteśmy tym pokoleniem, które jako ostatnie ma zaszczyt dotknąć historii żołnierzy wyklętych, Powstania Warszawskiego, obozów koncentracyjnych, zsyłek na Sybir...

Życiorysem prof. Rutkowskiego można by obdarować hojnie kilka osób. Żołnierz, naukowiec, wykładowca, patriota, społecznik, który nie ukrywał swojego przywiązania do Pana Boga. W ostatnich latach angażował się w życie swojej parafii. (Więcej o śp. Marianie piszemy TUTAJ, a galerię zdjęć z pogrzebu można znaleźć TUTAJ.)

W tym wypadku 354 dni minęły jak jeden. Na szczęście ta dręcząca świadomość, która złapała mnie przy trumnie żołnierza legendarnej Brygady Świętokrzyskiej, nie tylko sprawia ból, ale też mobilizuje. Wierzę, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy nie zdążyłem.

Bohaterowie chodzą pośród nas po ulicach, a my o tym często nie wiemy. We Wrocławiu i w wielu innych polskich miastach organizuje się różnego rodzaju spotkania z kombatantami, żołnierzami Polskiego Państwa Podziemnego, weteranami walk o wolność ojczyzny. Sprawdź, bo może w twojej okolicy nadarzy się ta niepowtarzalna okazja. Nie ma już zbyt wiele czasu.

Panie Poruczniku, spoczywaj w pokoju.

Pierwszy i ostatni raz   Śp. Marian Rutkowski w dzień naszego spotkania Maciej Rajfur /Foto Gość

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama