GN 32/2020 Archiwum

Kocham ludzi, kocham świat

Mieszkanie pani Barbary Skalskiej, pełne kwiatów i pamiątek, w tych dniach zdobi mnóstwo niepowtarzalnych urodzinowych kart. Nikt nie życzy jubilatce stu lat. Stu lat należy jej gratulować. Urodziła się 30 października 1916 r.

Na świat przyszła w Kaliszu jako najmłodsza z ośmiorga dzieci. Dziś, wiek później, poszczycić się może już ośmiorgiem prawnucząt (najmłodsza prawnuczka ma pięć miesięcy, najstarsza - 20 lat). Ogarnia pamięcią ludzi i sprawy znane innym jedynie z książek - pamięta na przykład, widzianego „na żywo” marszałka Józefa Piłsudskiego. Przeżyła chwile piękne i chwile straszne.

Za mąż wyszła po raz pierwszy w czasie wojny. Pamięta… gęś, którą dostała wówczas w prezencie. Ludzie przekazywali pannie młodej kartki, za które mogła kupić nieco masła. Cudem udało się upiec weselne ciasto.

- Pewien pan miał harmonię. Po cichutku zagrał „Jeszcze Polska nie zginęła…” - wspomina weselną uroczystość. Z mężem przeżyli wspólnie ledwie 10 dni. Po tym czasie został zatrzymany i wywieziony do Niemiec. Ciężko ranny, zmarł. Nigdy już więcej się nie zobaczyli.

Podobnych historii w rodzinie było zresztą więcej - narzeczony jednej z sióstr pani Barbary został zastrzelony tuż przed ich ślubem. Nigdy więcej nie pokochała nikogo innego.

- Moja siostra była zaprzysiężona w AK. Mieliśmy w domu powielacz, na którym odbijano gazetki, a ja byłam także zaangażowana w ich rozprowadzanie. Gdy ktoś po gazetki przychodził, musiał podać hasło: „Proszę książkę Sienkiewicza”. Tylko wtedy wydawałam - mówi jubilatka.

- Kiedy rozpoczęły się wielkie aresztowania, razem z kuzynem uciekliśmy pieszo do Generalnej Guberni. Pamiętam, jak po przekroczeniu granicy straż zażądała, by okazać „Ausweis”. Ja miałam dowód na nazwisko siostry tego kuzyna ­- Franciszki Reszelskiej (naprawdę nazywałam się po mężu Barbara Pawlak). Nigdy jakoś z nerwów nie mogłam nauczyć się podanej na nim daty urodzenia…

Kocham ludzi, kocham świat   Pani Barbara tuż po przyjeździe do Wrocławia Archiwum prywatne

Pani Barbara dodaje, że wiele razy była o krok od zguby, ale z Bożą pomocą zawsze przychodziło ocalenie. Tak zdarzyło się kiedyś w pociągu, gdy konduktor nabrał podejrzeń i zatrzymał jej dowód osobisty. Przerażona, opowiedziała młodemu pasażerowi obok, że dokument jest fałszywy. Pasażer sam należał do AK…

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama