Nowy numer 3/2021 Archiwum

Pod opieką maharadży

– Polskie dzieci nie są sierotami, ja będę ich ojcem – miał powiedzieć Jam Saheba, otwierając podległe mu ziemie dla Polaków – głównie kobiet i dzieci – którzy w 1942 r. opuścili ZSRR, idąc za Armią Polską gen. Władysława Andersa.

Wszystko zaczęło się od wkroczenia Armii Czerwonej na polskie ziemie 17 września 1939 r. Rozpoczęły się wówczas prześladowania naszych rodaków – aresztowania, wywózki i rozstrzeliwania, a na początku 1940 r. masowa deportacja w głąb Związku Radzieckiego, na Syberię. Nadzieja na oswobodzenie jednak nie gasła. Sytuacja sybiraków zmieniła się w 1941 r. po podpisaniu tzw. układu Sikorski–Majski. Był on pokłosiem trwającej agresji III Rzeszy na ZSRR. Pchnęło to Stalina do zawarcia sojuszu z aliantami, również z Polską. Na mocy dokumentu pod dowództwem gen. Władysława Andersa powstała Armia Polska. Wedle umowy rodziny żołnierzy i dzieci sieroty zostały objęte amnestią i wyruszyły w ślad za wojskiem w kierunku ówczesnej Persji (dziś Iran).

Biało-czerwoni Hindusi

Osiedlanie polskiej ludności w Indiach rozpoczęło się w 1942 r. na zaproszenie maharadży Navanagru Jama Saheba. Początkowo uciekinierzy z Rosji byli ulokowani w obozach przejściowych znajdujących się w Karachi, Bandra, Panchagani, Malir. Później zostali umieszczeni w specjalnie dla nich wybudowanych osiedlach w Balachadi – tutaj mieścił się sierociniec dla około tysiąca dzieci – oraz w Valivade-Kolhapur, gdzie zamieszkało ok. 5 tys. osób. Życie w obozach przejściowych, a potem w nowo wybudowanych osiedlach trzeba było organizować od podstaw. Dotyczyło to wyżywienia, zakwaterowania i edukacji. Nauczaniem objętych było 2,3 tys. dzieci i młodzieży. Zorganizowano 5 przedszkoli, 4 szkoły podstawowe, 4 gimnazja i 2 szkoły przysposobienia zawodowego. Na bazie szkół i świetlic rozwijało się też życie kulturalne. W Valivade zbudowano także kościół. Po 1948 r. osiedla w Indiach zostały rozwiązane. Część ich mieszkańców wróciła do Polski, jednak zdecydowana większość wybrała emigrację na wszystkich kontynentach. Andrzej Jan Chendyński, prezes Koła Polaków z Indii z lat 1942–1948, podkreśla, że w Polsce żyje jeszcze ok. 80 osób, które przeszły z Syberii aż do Indii za wojskami gen. Andersa. – Za granicą jest nas jeszcze bardzo wielu – mówi. Zwraca uwagę, że każdego roku odchodzą kolejni. – To są ludzie, którzy mają dziś 80–90 lat – dodaje. Zaznacza, że podczas zjazdów, które odbywają się co dwa lata, ich uczestnicy chętnie wspominają czas, który spędzili w Indiach. – Dramatycznie było na Syberii, ale gdy dostaliśmy się do Indii, to były one dla nas krajem szczęśliwości. My dziś do Indii podchodzimy z miłością, sentymentem i wdzięcznością – wyjaśnia.

Wieczni wędrowcy

Maria Krupa mówi o sobie „stara Indianka”. Po wojnie osiadła w Anglii, w Manchesterze. – Mieszkałam w miejscowości Wołkowysk k. Białegostoku. W 1941 r. miałam 8 miesięcy. Wtedy nas wywieźli. To było w czerwcu i zdaje się, że to była ostatnia wywózka. Mój tato był wówczas w więzieniu – opowiada. Po utworzeniu polskiej armii i wspomnianej amnestii wyruszyli w tułaczkę, która nie miała konkretnego celu. – Dotarliśmy do Pahlewi w Persji. Miałam już wtedy dwa lata. Wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy się z moim ojcem. Dalej skierowano nas do Karachi (dzisiejszy Pakistan), a później do Valivade-Kolhapur, osiedla zbudowanego dla nas przez Hindusów – wspomina. Wielu żołnierzy z Armii Polskiej gen. Andersa po zakończeniu swojego szlaku bojowego trafiło do Anglii. Tam również osiadł tato pani Marii. Wysłał list do swojej żony i córki, by nie wracały do Polski, w której rządzili już komuniści. – W Indiach mieszkałyśmy już wtedy 5 lat, do 1948 r. Wtedy tato ściągnął nas do Anglii. Rząd brytyjski nie miał zbyt wielkiego wyboru i musiał nas przyjąć. Już na Wyspach Brytyjskich spotkała swojego przyszłego męża. Jego historia była bardzo podobna, a różniła się miejscem, w którym spędził kilka lat dzieciństwa. – Ja z Syberii trafiłem do Ugandy, gdzie przebywałem również do 1948 r., a potem przyjechałem do Anglii – opowiada Czesław Krupa. Po kilku latach stworzyli rodzinę. Dziś cieszą się siedmiorgiem dorosłych dzieci i wnukami. – W Manchesterze mamy dom polonijny, kaplicę i „polskiego” księdza. Dbamy o polską kulturę – dodaje pani Maria. Małżonkowie starają się też regularnie odwiedzać ojczyznę. Stało się to realne dopiero po 1989 roku.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama