Nowy numer 26/2022 Archiwum

Zupa przyprawiona miłością i dobrym słowem

Na niewielkiej uliczce św. Józefa na Ostrowie Tumskim na co dzień panuje spokój. Jednak za elżbietańskimi murami prawie każdego dnia od poranka tętni życie i praca wre. Tam spotkasz świętość. Przy stole, zlewie i kuchence.

Przechodząc obok domu prowincjalnego Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety w mroźny, zimowy poranek usłyszysz krzyk mew znad Odry i wiatr, który przemierza wrocławski Ostrów Tumski. Jeśli jednak wejdziesz przez furtę i zejdziesz po kilku schodkach w dół, wkroczysz do świata, który ma zupełnie inną dynamikę. Ruch wypełnia jadłodajnię elżbietańską od samego rana. Niech nie zwiedzie cię na pozór bezładna krzątanina. Tutaj każdy wie, co i kiedy ma wykonać. Zadania są jasno podzielone, a cel od lat niezmienny: głodnych nakarmić.

Emeryci z werwą

Barbara przychodzi do jadłodajni jako wolontariusz od 4 lat. Od poniedziałku do piątku od 8.00 do 13.30. Czym się tam zajmuje? – Wszystkim, czym trzeba, czyli tym, co s. Salomea zarządzi. Przygotowanie kanapek, nalewanie mlecznych i obiadowych zup do słoików, pakowanie ciastek, sprzątanie, układanie, zmywanie, robienie dekoracji na różne okoliczności – wymienia Barbara. Jest emerytką i pragnie poświęcić swój czas dla potrzebujących pomocy. O tym miejscu dowiedziała się od ponad 90-letniej cioci. Na początku przywoziła odzież, kupowała suche produkty, a potem po prostu „wsiąknęła”, czyli zaangażowała się maksymalnie. Mimo choroby, która daje jej się we znaki. – Doszłam do wniosku, że co za różnica, gdzie mnie boli ciało – czy w domu, na ulicy, czy w wolontariacie. Tutaj, gdy coś robię, czas mi szybciej mija i nie zastanawiam się nad tym. W domu mieszkam sama i myśli same krążą wokół choroby. A poza tym co mam robić z wolnym czasem? Lubię to miejsce i ludzi, którzy tu pracują ze mną, dlatego to mnie przyciąga – uśmiecha się 70-latka, która przesmarowane kanapki może liczyć w tysiącach. W jadłodajni zawsze jest praca, choć zdarzają się dni lżejsze i cięższe. Wszystko zależy od tego, ile osób ustawi się w kolejce po jedzenie. Niezmiennie jednak panuje przyjazna i rodzinna atmosfera, którą tworzą bez wyjątku wszyscy wolontariusze. Nie brakuje też dowcipów i zabawnych dialogów, które powodują dużo śmiechu. Pani Janina także jest na emeryturze i od 4 lat chętnie poświęca 5 dni w tygodniu po kilka godzin dziennie na wolontariat w jadłodajni. Trafiła tu przez koleżankę. – Cieszę się, że mogę realnie komuś pomóc, ale także ulżyć siostrom w tej pracy. Nie zwracam uwagi na to, co jest trudniejsze, a co łatwiejsze, tylko jak trzeba zrobić, to robię. Myślę, że to Pan Bóg mnie prowadzi ciągle do tego miejsca. Przyznaję, że czasem mam kiepskie samopoczucie, ale czuję wewnętrzną potrzebę, żeby tutaj być. Wtedy ta duchowa siła płynąca z góry mnie mobilizuje i przynagla mimo słabości – opowiada 67-latka, która przed dwoma miesiącami przyprowadziła ze sobą także męża. A pan Jan w jadłodajni odżył. Nabrał wigoru, a przebywanie w ekipie wolontariuszy wpłynęło na niego bardzo pozytywnie. – Między ludźmi zawsze jest weselej. Jak człowiek siedzi tylko w domu, to kiśnie. Podobno mięśnie nieużywane zanikają – mówi z uśmiechem 70-letni emeryt. – Moja żona jest po udarze, więc postanowiłem tutaj z nią przychodzić, żeby się nią opiekować i oczywiście także pomagać. Pracuję w kuchni, m.in. obieram warzywa.

Pomoc na pełny etat

Opowiadając o jadłodajni, pani Józefa ociera łzy. Wzruszona wspomina 4 lata swojej aktywności. – Siostra nas oszczędza. Jak widzi, że nie domagamy, przesuwa na inne stanowisko. Tutaj ze wszystkimi się rozumiem. Wspieramy się nawzajem. Nie ukrywam, że kocham to miejsce, bo mam okazję, by pomóc biednym ludziom. Serce mi się kraje, gdy ich widzę. Chociaż tyle mogę dla nich zrobić – mówi 75-latka. Panią Elżbietę można nazwać weteranką wolontariatu. Ulicę św. Józefa przemierza, idąc do pracy, już od 9 lat. Bacznie obserwuje zmiany, które zachodzą w jadłodajni. – Kiedy tu przyszłam pierwszy raz, pomagało więcej młodych ludzi. Teraz zostali emeryci. A pracy jest trochę więcej, bo więcej ludzi korzysta z tej pomocy. Nigdy przez 9 lat nie miałam dość. Bardzo chętnie tu przyjeżdżam. Atmosfera mi odpowiada i lubię przebywać z tak wspaniałymi ludźmi. Zawsze znajdzie się jakiś dowcipniś, który nas rozwesela. Ile słoików tu zakręciłam? Nie potrafię nawet oszacować – śmieje się 69-latka. Przyznaje szczerze, że gdyby miała siedzieć w domu, to by po prostu zwariowała. Pan Wiktor pomaga w jadłodajni niewiele krócej od pani Elżbiety. Swoją pracę podsumowuje krótko i konkretnie. – Jak mogę i chcę pomóc, to pomagam. Nie zastanawiam się. A gdy się coś lubi, wtedy nie odczuwa się tak bardzo trudów – podsumowuje 58-latek z dużym poczuciem humoru. Jak stwierdza, bardzo ceni sobie pracę w towarzystwie płci pięknej, która poprawia mu nawet najgorszy humor.

200 litrów dobroci

Andrzej to człowiek do ciężkiej roboty. Wysoki, małomówny, nigdy nie odmówi pomocy. Przychodzi nie tylko w tygodniu, ale czasem także w sobotę i w niedzielę. Wolontariat sprawia mu wiele przyjemności. – Noszę to, co trzeba, w różne miejsca. Słoiki pełne, puste, różne produkty. Cieszę się, że komuś się przydaje mój kręgosłup. Mam siłę i jestem mężczyzną. Kto ma to dźwigać, nasza drobna Basia czy Ela? – stwierdza 53-latek. Smaku całemu przedsięwzięciu elżbietańskiemu od roku nadaje pani Wiesława. Dosłownie. To kucharka z wykształcenia i z pasji, która przyrządza ubogim rozmaite zupy. Do słoików trafia codziennie 200 litrów m.in. grochowej, jarzynowej, szczawiowej, szpinakowej, barszczu czy krupniku. Warzywa, jarzyny, makarony, przyprawy wrzucane są do garnka w kilkukilogramowych ilościach. Kuchnię należy prowadzić mądrze i z rozsądkiem, wykorzystując produkty, które do jadłodajni trafiają z różnych stron. – Po prostu służę dobru. Przyprowadził mnie tu św. Józef. Szukałam pracy i modliłam się do niego o pomoc. Wysłuchał, zadziałał i jestem. Wolontariusze bardzo uczynnie mi pomagają, przygotowując składniki – podsumowuje 63-latka. Preferuje różnorodność, dlatego nie ma takiej zupy, która najlepiej jej wychodzi. Przygotowuje wszystkie z taką samą chęcią i zaangażowaniem.•

Ocieram się o święte relikwie

s. Elżbieta Waligóra CSSE (pracuje w jadłodajni od 4 lat)

To miejsce okazuje się niezwykle potrzebne ludziom ubogim i wykluczonym nie tylko ze względu na jedzenie, które od nas otrzymują, ale chodzi o to, by wróciło w nich poczucie godności człowieka. Dla nas nigdy nie będą skreśleni, nigdy nie odejdą z kwitkiem, lecz ze słoikiem gorącej zupy, ciepłą herbatą i kanapką. Oczywiście nakarmienie ich jest naszym priorytetowym zadaniem, ale za nim stoi coś więcej. Ofiarujemy tutaj uśmiech, życzliwość, otwartość. W ten sposób staramy się przywrócić w nich nadzieję. Dotykamy ich serca przez gesty dobroci. Dajemy im zupę przyprawioną miłością, chleb z masłem, wędliną i dobrym słowem. Może ich serca zwrócą się ku Bogu. Jadłodajnia zmienia przede wszystkim nas, którzy tu posługujemy. Ogromnie buduje mnie postawa wolontariuszy. Choć mają swoje lata na karku, wytrwale i z radością wykonują wszystkie zadania. Nigdy nie narzekają. Ja po prostu ocieram się o święte relikwie. Mam je na co dzień – nie tylko w kościele, w kaplicy, ale tutaj między garnkami i słoikami. Pracują ze mną wspaniali ludzie. Poświęcają bezinteresownie swój czas i siły – których nie mają już aż tak dużo – dla innych. Ich też dotykają cierpienia, męczące schorzenia, przechodzą problemy na różnych płaszczyznach, ale widuję ich co rano od poniedziałku do piątku, jak podejmują z uśmiechem tę misję. Czy można otrzymać do Boga lepszą mobilizację? Mimo że to ja jestem siostrą zakonną, a oni są osobami świeckimi, wlewają we mnie wiarę i nadzieję płynącą od Jezusa. Uczą mnie kochać.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama