Nowy numer 48/2021 Archiwum

Przecież jesteście moją rodziną…

Tu nie ma portiera, klucze do domu ma każda z domowniczek. – Nie każda z dziewczyn musi też go oddać, gdy się od nas wyprowadza. Dla nich ma to być oaza bezpieczeństwa, do której mogą wrócić, kiedy tylko zechcą – podkreśla s. Edyta.

karol.bialkowski@gosc.pl Stowarzyszenie „Misja dworcowa” im. ks. Jana Schneidera, założone przez Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej, prowadzi całodobowy dom dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży. Pomoc, którą oferuje, jest dyskretna, ale bardzo istotna. – Przez tę działalność realizujemy charyzmat naszego zgromadzenia – mówi s. Edyta.

Marianka podkreśla, że siostry dbają o to, by ich placówka była przede wszystkim domem w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie ośrodkiem pomocowym. – Wydaje nam się, że dziewczyny tak do niego podchodzą. A przede wszystkim ich dzieci czują się tu dobrze i bezpiecznie – uważa i dodaje ze śmiechem: – Mamy już tyle dzieci i wnuków, że się gubimy.

Często jedyna szansa

Aktualnie w domu mieszka siedem kobiet, ośmioro dzieci i trzy siostry. Jednak przez 16 lat działalności łącznie były tu ich setki. – Rocznie przewija się tutaj ok. 40 osób. No może poza tym pandemicznym czasem, gdy z wiadomych względów rotacja była utrudniona – zaznacza s. Edyta. Siostra Goretti tłumaczy, że kobiety w ciąży lub z małymi dziećmi trafiają do nich na różne sposoby. – Zdarza się, że dzwoni do nas ze szpitala pracownik socjalny i zgłasza na przykład, że dziewczyna, która urodziła dziecko, jest bezdomna i nie ma gdzie się podziać – wyjaśnia. Informację przekazują sobie również dziewczyny z ust do ust.

– Aktualnie jest u nas kobieta, która jest rodzoną siostrą naszej podopiecznej sprzed 7 lat. To dla nas jasny sygnał, że kobietom u nas jest dobrze. Gdyby było źle, to na pewno nie poleciłyby najbliższej rodzinie naszego domu – uważa. Pośród podopiecznych są nie tylko dziewczyny, które nie mają gdzie się podziać, ale też takie, które doświadczają w swoim życiu przemocy. – Czasem same też są uzależnione i u nas podejmują terapię – wyjaśnia s. Goretti. Podkreśla przy tym, że w 90. proc. są to osoby z rodzin dysfunkcyjnych, a wiele z nich wychowywało się na przykład w domach dziecka lub przebywało w placówkach resocjalizacyjnych. Możliwość zamieszkania w domu prowadzonym przez siostry marianki jest dla większości ich podopiecznych, zwłaszcza tych bezdomnych, jedyną szansą, by mogły zatrzymać przy sobie dziecko.

– W momencie, gdy taka mama nie miałaby dokąd pójść, sąd musiałby dziecko zabezpieczyć – zaznacza s. Goretti. Jak dodaje, często sytuacja, w której się znajdują ich podopieczne, wynika z braku jakiegokolwiek wzorca prawidłowo funkcjonującej rodziny. Siostry starają się im o tym opowiadać. – Mówimy im też, jak opiekować się dziećmi oraz jak je wychowywać. Uczą się czegoś, czego nigdy nie doświadczyły w dzieciństwie. Próbujemy je też przekonywać do podjęcia próby posklejania ich trudnych relacji rodzinnych. W wielu przypadkach to się udaje – zapewnia. Ostatnim elementem jest pomoc przy formalnościach związanych z ubieganiem się o lokale socjalne, by kobiety mogły stworzyć swój własny dom. Gdy już je otrzymują, zwalniają miejsce dla kolejnych potrzebujących.

Trudno w to było uwierzyć

Po opuszczeniu przez nie domu kontakt się jednak nie urywa. Kobiety, choć często wyprowadzają się w odległe miejsca, i to nie tylko w Polsce, cały czas są zainteresowane tym, co się dzieje w „domu rodzinnym”. – Cieszymy się, że niektóre z naszych podopiecznych, gdy staną już na nogi, chcą pomagać innym, zwłaszcza tym, którzy są w takiej sytuacji, jakiej one już doświadczyły – zaznacza s. Goretti. Siostra Edyta wspomina ubiegły rok. Jedna z dziewcząt, która obecnie mieszka w Irlandii, słysząc o pogarszającej się sytuacji epidemicznej w Polsce, zadzwoniła, by spytać, czy czegoś im nie potrzeba. – Kiedy trochę ze wzruszeniem, a trochę ze zdziwieniem stwierdziłam, że miło, iż o nas pamięta, ona odpowiedziała: „A o kim mam pamiętać? Przecież to wy jesteście moją rodziną!” – wspomina. W ostatnich tygodniach do domu trafiła Anna.

– To była chyba najbardziej nietypowa interwencja w historii – uważa s. Goretti. Wspomina, że odebrała telefon od jednego z pracowników wrocławskiej Caritas, który pytał, czy siostry przyjmą pod dach kobietę w ciąży, która od 5 lat przebywa we Włoszech, z czego prawdopodobnie większość czasu na ulicy. – Zaznaczył, że ta prośba płynie od kard. Konrada Krajewskiego, jałmużnika papieskiego, który powiedział, że bardzo mu zależy, by ta dziewczyna nie urodziła na ulicy – opowiada. Siostrze Edycie trudno było w to uwierzyć. – Już wcześniej myślałam o tym, by jakoś zdobyć kontakt do księdza kardynała i poprosić go o pomoc w zorganizowaniu na przykład pielgrzymki do Rzymu dla bezdomnych („Misja dworcowa” zajmuje się również bezdomnymi na wrocławskich ulicach – przyp. red.) i naszych dziewczyn, ale to, co się działo, wydawało mi się nieprawdopodobne – opowiada. Jednak kolejny telefon przekonał ją, że potrzebna jest konkretna pomoc, dla konkretnej osoby. Problem był jeden. Dom funkcjonuje w strukturach miejskich Wrocławia i obowiązuje go rejonizacja – ostatnie zameldowanie musi być we Wrocławiu. Siostry jednak zdecydowały, że przyjmą dziewczynę i jak już tu będzie, poszukają jakiegoś rozwiązania.

– Okazało się jednak, że nie trzeba nic wielkiego wymyślać, bo Anna pochodzi ze stolicy Dolnego Śląska – zaznacza s. Goretti. Wszystko rozegrało się w zaledwie kilka dni. Siostra Edyta wspomina jeszcze jedną sytuację. – Na lotnisko Annę przyprowadził sam kard. Krajewski. Pierwszą napotkaną siostrę zakonną zapytał, czy leci do Wrocławia, i poprosił o opiekę nad kobietą. Okazało się, że była nią… nasza siostra prowincjalna, która jednak nie wiedziała, że ksiądz kardynał wysyła ją do nas – opowiada marianka. Anna po przylocie do Wrocławia została otoczona opieką i wkrótce urodziła syna. – Wcale nie ma na imię Konrad – dodaje ze śmiechem s. Edyta.

Pilne potrzeby

Prowadzenie domu to wyzwanie, zwłaszcza dla posiadaczy dużej rodziny. Tak jest również i w tym przypadku. Przez 16 lat Stowarzyszenie „Misja dworcowa” budynek, w którym funkcjonuje całodobowy dom dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży, dzierżawiły od gminy Wrocław. W maju tego roku udało się kupić go na własność.

– Bóg jest wielki, bo przecież nas nie stać na taką inwestycję. Dzięki temu, że stowarzyszenie jest organizacją pożytku publicznego, cena była ułamkiem kwoty, którą trzeba byłoby zapłacić na wolnym rynku. Wymodliłyśmy też sponsora – podkreśla s. Goretti. Przyznaje, że zmiana statusu prawnego pozwala na to, by rozpocząć pewne inwestycje, które dotychczas nie były możliwe do zrealizowania. – Pan Bóg ma poczucie humoru. Gdy można było pozyskać pieniądze na remonty z dofinansowań Unii Europejskiej, to nie mogłyśmy tego zrobić, a teraz gdy prace są możliwe, nie ma już pieniędzy. Jesteśmy ćwiczone w cierpliwości – mówi s. Edyta. To jednak nie oznacza, że nie działo się nic.

– Robiłyśmy wszystko, co było wymagane do tego, by prowadzić taką jak nasza działalność oraz by dziewczyny czuły się tu rzeczywiście jak w domu – dodaje. Jakie więc są plany na najbliższy czas? – Musimy zająć się piwnicą, bo jest tam duży problem z wilgocią. Trzeba zrobić izolację poziomą i pionową. Od tego trzeba zacząć. Następnym etapem będzie ocieplenie elewacji – wyjaśnia s. Goretti. Podkreśla przy tym, że „ten dom jest cudem Pana Boga”, bo zgromadzenie nie ma pieniędzy na jego utrzymanie. – Dziękujemy wszystkim ofiarodawcom i prosimy o dalsze wsparcie – dodaje. Wszelkie informacje, jak to zrobić, można znaleźć na stronie www.misjadworcowa.com.pl.


Pomoc na wiele sposobów

Działania „Misji dworcowej” można wspierać nie tylko wpłatami na konto. Co możesz zrobić? Jeśli masz:

  • wolny czas – napisz lub zadzwoń. Siostry mogą potrzebować wsparcia przy czymś bardzo konkretnym.
  • wolny bilet, np. do kina lub teatru, czy wejściówkę na basen – przekazując go podopiecznym „Misji dworcowej”, możesz sprawić im radość.
  • zabawki, środki pielęgnacyjne, środki chemiczne, pieluszki, których twoje dziecko już nie potrzebuje – przekaż je, skorzystają z nich dzieci z domu.
« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama