Nowy numer 4/2022 Archiwum

"Skrzypek na wojnie"

Oto praca laureatki II miejsca XVII edycji Konkursu "My Polacy, my Dolnoślązacy" o Laur Złotego Pióra, Marty Wilk z V Liceum Ogólnokształcące im. Generała Jakuba Jasińskiego we Wrocławiu.

 

Temat: „Jak twierdzi Olga Tokarczuk: „Coś co się wydarza, a nie zostanie opowiedziane, przestaje istnieć i umiera”. Historia, którą chcesz „ocalić od zapomnienia” i przekazać ją innym".

 

Nie miał dłoni żołnierza. Mocnych, grubych palców, które przerzucały gruz posypanych budynków i układały połamane meble na barykadzie. Jego dłonie były miękkie, palce chude i kruche jak porcelanowe figurki i zwinne tylko pod delikatnym drżeniem strun. Matka owijała mu je ciepłą chustą, kiedy wracał z długiego koncertu, całując każdy z osobna i modląc się cicho.

Nie miał dłoni żołnierza i nie rozumiał. Stał schowany za przewalonym kawałkiem muru, osłaniając się swoimi porcelanowymi dłońmi. Naboje i odłamki skał z ostrym świstem przelatywały tuż nad jego głową, a brak im było harmonii i rytmu. Rozpraszały go porozrzucane tony, warkot samolotowych silników i nagłe pauzy zupełnej ciszy. „Jeden, dwa, trzy,...” tak go uczyli, liczyć „…, pięć, sześć, siedem,…”gdzieś w oddali, powoli zbliżał się gardłowy ton, jak wielki bęben z tyłu orkiestry, ciężki dźwięk, „…, dziewięć, dziesięć, jedenaście,…” bęben był coraz głośniejszy, przeszedł w niższą tonację, „…, trzynaście, czternaście,…” nagle moment kulminacyjny, wielki huk gdzieś niedaleko, jak uderzenie w membranę potężnego kotła i ostry podmuch powietrza z odłamkami skał. ”Zagłuszył resztę instrumentów. Zniszczył koncert” pomyślał.

Czytaj także: "Złote pióro" ma kolejnych laureatów

W magazynku zostały mu cztery naboje. Karabin był jeszcze ciepły od obcych dłoni, które chwilę temu oddały mu go, w ostatnich sekundach życia. „Cztery, zostały jeszcze cztery” szeptał w kółko ranny żołnierz, którego próbował ratować. Bardzo chciał go uratować, owinął jego ranę chustą i modlił się cicho słowami swojej matki. Jednak świst ciężkiego oddechu ustał, monotonny szept urwał się, a ciężka maszyna wyślizgnęła się z pozbawionych życia rąk. Zacisnął powieki, kiedy świat wygłuszył się na chwilę, a odległe krzyki ucichły przy jego własnych słowach modlitwy. Delikatnie złożył dłonie zmarłego na jego piersi. Był młody i też nie miał palców żołnierza.

Spojrzał na brudny od krwi i pyłu karabin. „Zostały cztery naboje” pomyślał. Tak jak cztery struny, odległe od siebie o pięć czystych dźwięków. Podniósł go, wyobrażając sobie, że zamiast szorstkiego metalu, trzyma swoje ukochane skrzypce o gładkim gryfie z błyszczącego drewna. Delikatny instrument, na którym jeszcze miesiąc temu przygrywał matce do snu, leżał teraz kilka metrów pod ziemią, w ciemnym pudle, owinięty grubymi kocami, zakopany w małym ogródku za ich domem. „Bezpieczny” pomyślał.

Wychylił się zza podziurawionego muru. Niedaleko niego, nieco z lewej strony stało kilku innych, których twarze kojarzył jako sprzymierzeńców, ale nie przypominał sobie imion. W orkiestrze znał imiona wszystkich. Kiedy go zauważyli i jego stalowe skrzypce, gorączkowo wskazali coś za barykadą. Zacisnął drżące dłonie na zimnym gryfie i podniósł karabin, mierząc w stronę, w którą kazali mu mierzyć. Skupił się, próbował wyczuć ciężar smyczka w prawej dłoni, ale zamiast niego był tylko mały, skrzypiący spust. Nacisnął go, mniej więcej w trzecim takcie. Pękła pierwsza struna. Pękła z nieczystym brzmieniem „D”, a zaraz po niej posypały się kolejne, zza barykady. Schował się znowu, krzywiąc z niezadowolenia. Brak harmonii, pusty strzał.

Jego pobratymcy krzyczeli zachęcająco. Dziwił się ich entuzjazmowi, ale może racją jest, co mówią. Błędy muzyka słyszy tylko sam muzyk. Podniósł skrzypce po raz drugi, gotowy na kolejną próbę. Przejechał miękkimi palcami po chłodnym metalu, wsłuchując się w ostry zgrzyt pudła rezonansowego, kiedy po raz kolejny przejechał smyczkiem po strunie. Pękła. Kolejna, tym razem z wysokim tonem „E”, najwyższym z całej czwórki. Był to czysty dźwięk, świsnął cicho przez powietrze i przerwał czyiś przenikliwy krzyk. Nie zdążył nawet zrozumieć, ile kosztowała go ta jedno nutowa etiuda, kiedy usłyszał radosne wiwaty. Ostatnio rzadko kiedy słyszał radość i wprawiła go ona w błogą nostalgię. Przez krótką chwilę, zaledwie kilka sekund poczuł na skórze ciepło koncertowych lamp i miękki materiał wyjściowego garnituru. Wpatrzony w batutę siwiejącego dyrygenta, czekał na swoje kolejne solo, które było jedynym, co teraz się liczyło. Tylko on i jego skrzypce.

Następna struna, niczym tatarska strzała, pękła i przeszyła pierś obcego żołnierza, urywając jego zachęcające krzyki w niedokończonym półtonie. Przed chwilą jeszcze biegł, chwiejnym krokiem, pobudzony jakąś nieznaną siłą, gotowy samemu odegrać wszystkie partie. „Tego się nie robi w orkiestrze” pomyślał, pociągając za smyczek. Postrzelony upadł, skrzypce wypadły mu z dłoni, roztrzaskały się na popękanej drodze, gubiąc wszystkie struny i łamiąc gryf, a zaraz potem umarł z ostatnim westchnieniem w tonie „G”, który przed chwilą urwał jego wołania.

„Odebrałem komuś duszę” słowa huczały mu w głowie, pulsowały pod zamkniętymi powiekami. Chude palce zadrżały nad ostatnią struną, gotowe przerwać cały koncert. Słyszał krzyki, wiwaty, dźwięki w zupełnym chaosie, rozpoznawał oktawy i kwinty, które pogubiły się w melodii. Przez chwilę zdawało mu się, że gdzieś zza grubego muru głos jego matki szepcze urwane słowa modlitwy. Podniósł skrzypce, został mu jeden nabój. Zaraz koncert się zakończy, bo jak miał grać dalej. Skrzypce bez strun są jak człowiek bez duszy, ten, który leżał kilka metrów przed nim i kilka metrów obok.

Nagle zaległa zupełna cisza. Wcześniej taka cisza zdarzała się tylko, kiedy nastrojona orkiestra miała właśnie zaczynać koncert. Kochał ten moment. Po wszechobecnym chaosie następowało solidarne wyciszenie, wydawało mu się, najwyższy wyraz szacunku dla wszystkich grających i słuchających. Złapał mocniej gryf i uniósł go gotowy do gry. Jednak gdzieś z tyłu, ciężkie brzmienie bębnów wyrwało się z ciszy, postępując to coraz głośniej i głośniej, rozbijając jego skupienie. Dudniący dźwięk świszczał, przechodząc przez całą gamę aż do basu. „Tego się nie robi w orkiestrze” pomyślał znowu, a zaraz potem usłyszał rozrywający huk potężnego gongu, który rozbił kawałek muru, za którym stał. Uderzenie odrzuciło go na kilka metrów, przysypując oderwanym gruzem. Cały świat wyciszył się w ułamku chwili, pozostawiając go w osamotniającym ogłuszeniu. Poruszył powoli dłońmi, zgiął porcelanowe palce. „Mogę jeszcze grać” odetchnął z ulgą, „najważniejsze, że mogę jeszcze grać”. Wyczuł znajomy chłód metalu, zacisnął dłonie na gryfie, zmuszając się, aby zagrać ten jeden, ostatni dźwięk.

I wystrzelił. Ostatnia struna pękła z cichym brzmieniem. Słyszał, jak odnajduje się w tej dziwnej harmonii i wycisza ze spokojem. „To było A” pomyślał cicho i uśmiechnął się do ciemnych kłębów dymu na niebie. „A” które zaczyna każdy koncert, które swoją odrębnością pozwala reszcie instrumentów obudzić się do życia. Pomyślał, że każdy choć raz w życiu słyszał „A” i przestał być aż tak samotny.

Czyjeś szorstkie dłonie zacisnęły się na jego ramieniu. Poczuł, jak silne palce odrzucają ciężkie odłamki rozsypane na jego wątłych nogach. Przez mgłę widział znajome spojrzenie. Chciał spytać się o imię, wiedzieć komu ma dziękować za wspólną grę, jednak ciche słowa zagubiły się gdzieś w przestrzeni. Wyciągnął przed siebie skrzypce i przepraszającym tonem wyszeptał tylko: „To było moje ostatnie A”.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama