Nowy numer 32/2020 Archiwum

102-letnia "Basia" czuje się dobrze

Pamięć o powstaniu warszawskim prawie 350 kilometrów od stolicy Polski może być naprawdę żywa, autentyczna, dająca wiele radości i dumy.

Nie to miasto, więc to nie nasza historia? Nie do końca. We Wrocławiu (o czym już niejednokrotnie pisałem) jest niezwykle bliska, wręcz namacalna.

Po pierwsze, wciąż żyją tu uczestnicy powstania. Właściwie to garstka, bo mówimy o czternastu osobach. Większość z nich już nie wychodzi z domu. Ale wciąż na obchodach możemy spotkać choćby pogodnego i zawsze chętnego do rozmowy kpt. Stanisława Wołczaskiego. Wtedy - 1 sierpnia 1944 roku - 14-letniego kolportera prasy podziemnej. Z zapałem odpowiada na pytania, uściśnie dłoń, zrobi sobie zdjęcie. Zna wiele dowcipów i anegdot okupacyjno-powstańczych. Prawdziwy unikat!

Po drugie, ślady powstania odnajdziemy na kilku wrocławskich cmentarzach, gdzie leżą bohaterowie. Niektórzy z nich odeszli tak niedawno. Niecałe 2 kilometry od mojego domu spoczywa m.in. strzelec kpt. Marcin Dobrzyński ps. "Orzeł II". Pierwszy powstaniec, którego poznałem osobiście, i z którym odbyłem kilka długich, kształtujących mnie (wówczas jeszcze studenta), rozmów. Pamiętam, jak towarzyszyłem mu w szpitalu podczas ostatnich chwil życia. Niezwykle pouczające doświadczenie. Wtedy powstanie wybuchło w moim sercu. Zdarza mi się dzisiaj także z nim pogadać. Mam niedaleko.

Kilka alejek wcześniej zachodzę do Jadwigi Lisowskiej-Wolff-Wronki ps. "Jagoda". Modląc się nad jej grobem przypominam sobie zawsze, że oddała swoją krew Niemcowi w czasie powstania. Rzut kamieniem mam do Ireny Leszczyńskiej ps. "Kubuś". To była kobieta z klasą! Harcerka z krwi i kości. Zawsze elegancka, elokwentna, a jednocześnie dziarska, wewnętrznie silna i bardzo konkretna.

I, po trzecie - ten telefon! Duch Święty szepnął mi dzisiaj (1 sierpnia 2020): nie możesz odwiedzić powstańców z powodu pandemii? Może zadzwoń chociaż zapytać, jak się czują, podziękuj za ich życie, poczęstuj już nie czekoladką, ale miłym słowem.

Wiecie, jak się ucieszyłem, że 102-letnia Barbara Sowa ps. "Basia" czuje się dobrze? Że czasem wychodzi z synem na spacer na wózku, uśmiecha się, ma bardzo przytomny umysł. Śledzi, jak się ma sytuacja z pandemią. Od czasu do czasu wspomina swoją powstańczą młodość. Tego dnia nie mogłem otrzymać lepszej mobilizacji. Czegóż mogłem życzyć starszej o ode mnie o 73-lata pani Basi? Przecież nie powiem: "sto lat!". Przyznam się, że bezczelnie proszę Boga, by żyła jak najdłużej. Już jest jedną z najstarszych z tego pokolenia w kraju. A jej obecność - po prostu to, że jest - mnie buduje.

Oto żywa historia powstania warszawskiego. Tu, we Wrocławiu, prawie 350 kilometrów od miejsca, gdzie padły pierwsze strzały 1 sierpnia 1944 roku. Zapewniam, że jest jej jeszcze więcej.

102-letnia "Basia" czuje się dobrze   Z kpt. Stanisławem Wołczaskim ps. "Kazimierz". Maciej Rajfur /Foto Gość

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama